Przeczytałam dziś historię, po której dostałam gęsiej skórki.
19-letni Sam Ballard siedział ze znajomymi w ogrodzie. Był młody, zdrowy, wysportowany, grał w rugby. Ktoś zauważył ślimaka bez muszli i wśród żartów pojawiło się wyzwanie, żeby go zjeść.
Sam go połknął.
Ot, głupi żart. Chwila. Pewnie śmiech kolegów. Jedna z tych rzeczy, które robi się w młodości, a potem opowiada po latach: Boże, jaki ja byłem głupi!
Tylko że Sam nie dostał szansy, żeby się z tego kiedyś pośmiać.
Ślimak był nosicielem pasożyta. Sam ciężko zachorował, zapadł w śpiączkę, doznał poważnego uszkodzenia mózgu i już nigdy nie wrócił do dawnego życia. Zmarł osiem lat później.
I myślę sobie, jak niewiele czasami dzieli zwykłą młodzieńczą głupotę od tragedii.
Bo przecież kto z nas w młodości nie zrobił czegoś kompletnie bezmyślnego?
Skok na główkę do wody, której głębokości nikt nie sprawdził.
Dawaj, skacz! z pomostu, skały czy mostu, bo przecież inni skoczyli.
Jazda rowerem, motorem czy quadem bez kasku, bo tylko kawałek
Wchodzenie gdzieś wysoko, na dach, drzewo czy barierkę, żeby udowodnić, że się nie boimy.
Kąpiel po alkoholu.
Przebiegnięcie przez ulicę, bo zdążę
Głupie zakłady ze znajomymi.
Zjedzenie albo wypicie czegoś tylko dlatego, że ktoś powiedział: Nie dasz rady!
Dzisiaj dochodzą do tego jeszcze internetowe challenge, w których czasami rozsądek przegrywa z kilkoma sekundami filmu i chęcią zdobycia lajków.
I zazwyczaj nic się nie dzieje.
Wstajemy, otrzepujemy kolana, śmiejemy się i żyjemy dalej.
Po dwudziestu czy trzydziestu latach wspominamy: Matko kochana, co myśmy mieli w tych głowach?! 😂
Tylko właśnie słowo zazwyczaj jest tutaj najważniejsze.
Bo czasami wystarczy jeden centymetr za płytka woda.
Jeden samochód jadący trochę szybciej.
Jeden niefortunny upadek.
Jedna rzecz połknięta dla żartu.
Jedna sekunda.
I życie dzieli się na przed i po
Nie piszę tego, żeby powiedzieć, że młodość powinna być grzeczna, przewidywalna i spędzona pod kocem. Absolutnie nie. Młodość chyba od zawsze ma w pakiecie odrobinę szaleństwa, przekonanie o własnej nieśmiertelności i ten cudowny brak wyobraźni, który podpowiada: Eee tam, co może się stać?
Tyle że czasami może.
I chyba dopiero z wiekiem człowiek zaczyna rozumieć, ile razy w życiu zwyczajnie miał szczęście.
Ilu rzeczy nie przewidział.
Ile razy mogło wydarzyć się coś strasznego, a jednak wrócił do domu cały.
Historia Sama bardzo mnie poruszyła właśnie dlatego, że nie zaczęła się od wielkiego ryzyka ani świadomej decyzji: Narażę swoje życie
Zaczęła się od żartu.
Od głupiego: Dawaj!
Od kilku sekund.
A konsekwencje trwały latami.
I teraz jestem ciekawa Was.
Macie w swoim życiorysie taką historię, o której dzisiaj myślicie:
Matko… jak ja mogłam/mogłem zrobić coś tak głupiego?!
Coś, co wtedy wydawało się zabawą, przygodą albo popisem przed znajomymi, a dzisiaj, z perspektywy lat, wiecie, że mogło kosztować Was zdrowie albo nawet życie?
Bo podejrzewam, że gdybyśmy wszyscy zaczęli opowiadać, wyszłaby z tego niezła księga pt. Jakim cudem myśmy przeżyli własną młodość?

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.