Pole, które zabrało mnie do dzieciństwa

Byłam kilkuletnią dziewczynką, kiedy moi dziadkowie siali machorkę.

Tak się mówi? Siali machorkę? Chyba tak. Dziadkowie, wybaczcie Was już nie ma, więc nie mam kogo zapytać.

Ale pamiętam.

I to jak!

W moich dziecięcych oczach machorka była ogromna. Rośliny wyrastały ponad nas, liście miały wielkie jak wachlarze, a całe pole było dla nas czymś pomiędzy dżunglą, labiryntem i najlepszym placem zabaw na świecie.

Dorośli widzieli plantację i robotę.

My widzieliśmy przygodę.

Wchodziliśmy między rzędy i znikaliśmy. Ktoś kogoś gonił, ktoś się chował, ktoś wołał, a reszta udawała, że nie słyszy. Wielkie liście zasłaniały wszystko i naprawdę można było się tam zgubić.

Żadnych telefonów.

Żadnych tabletów.

Żadnego:

— Mamo, nudzi mi się!

Było pole, były dzieciaki i była wyobraźnia.

I wystarczało.

Pamiętam też zbieranie liści. Nie wszystkich. Zrywało się te odpowiednio dojrzałe, żółknące. Potem nawlekaliśmy je na druty i wieszaliśmy do suszenia.

Dzisiaj powiedziałabym, że dzieci pomagały dorosłym przy pracy.

Wtedy?

Jakiej pracy?!

To była atrakcja!

Byli dziadkowie, rodzice, krewni, dzieciaki. Dorośli robili swoje, a my kręciliśmy się między nimi, pomagając i przeszkadzając zapewne w idealnych proporcjach.

Było lato. Była ziemia pod nogami. A my, trochę jak dzieci Amiszów, biegaliśmy po tych polach boso.

Pamiętam też liście machorki. Były inne niż zwykłe liście. Wielkie, grube i lekko klejące. Po dotykaniu ich coś zostawało na dłoniach ten charakterystyczny zapach i lepkość.

Samego zapachu nie potrafię już dzisiaj dokładnie odtworzyć w głowie.

Ale wiem, że był.

Pamięć czasem tak właśnie działa. Nie umiesz czegoś opisać, ale gdy spotkasz to ponownie, całe ciało mówi:

— Znam to.

I była jeszcze ta dziecięca wolność, której wtedy człowiek zupełnie nie doceniał.

Bo skąd kilkuletnie dziecko ma wiedzieć, że właśnie przeżywa zwyczajne dni, które kilkadziesiąt lat później będzie wspominać z taką nostalgią?

I pewnie ta machorka siedziałaby sobie dalej gdzieś głęboko w mojej pamięci, przykryta grubą warstwą innych wydarzeń, gdyby nie nasz ostatni camping w Pensylwanii.

Jedziemy samochodem przez okolice Lancaster.

Patrzę przez okno.

Pola.

Gospodarstwa.

Stodoły.

Silosy.

Krajobraz zupełnie inny niż ten, który oglądam na co dzień w New York .

Patrzę na jedno z pól i coś zaczyna mi świtać.

Te liście…

Wielkie.

Mięsiste.

Ciężkie.

Jakieś takie znajome.

— Ty… czy to nie jest tytoń?

Mój szanowny patrzy.

— Tytoń.

On też pamięta podobne rośliny ze swojego dzieciństwa.

No i przepadło.

Bo jeśli coś mnie zaciekawi, to samo przejechanie obok i grzeczne popatrzenie przez szybę absolutnie nie wchodzi w grę.

— Zatrzymaj się, proszę. Muszę to zobaczyć z bliska. Dotknąć. Powąchać.

I cóż ma zrobić mój mąż?

Zatrzymuje się, żeby zaspokoić ciekawość swojej żony. 

Bo jego zapewnienie:

— Tak, to jest tytoń.

oczywiście mi nie wystarcza.

Ja muszę sama sprawdzić.

Jak detektyw.

Tylko zamiast lupy mam własny nos. 

Stanęłam przy polu i dopiero z bliska zobaczyłam jego ogrom.

Przede mną ciągnęły się rzędy potężnych zielonych roślin. Liść przy liściu. Jeden zachodził na drugi. Niektóre były tak wielkie, że trudno było uwierzyć, że właśnie z czegoś tak soczyście zielonego powstaje później suchy, brązowy tytoń, który wszyscy znamy.

To nie wyglądało jak zwykłe pole.

To było morze zielonych liści.

W oddali gospodarstwa, stodoły i silosy. Gdzieś dalej widać było pracujących Amiszów.

Przez chwilę miałam wrażenie, że Pensylwania pokazuje mi obrazek z zupełnie innego świata.

Podeszłam do jednej z roślin.

Dotknęłam liścia.

Gruby.

Mocny.

Lekko szorstki.

I właśnie taki trochę lepki.

Inny.

Wiecie, o czym mówię?

Dotykaliście kiedyś świeżego liścia tytoniu? Jeśli tak, to pewnie wiecie. Tego dotyku nie da się pomylić ze zwykłym liściem.

No i oczywiście powąchałam.

Bo skoro już człowiek prawie wlazł w pole tytoniu, to trzeba przeprowadzić badania naukowe na poziomie własnego nosa. 

I tu niespodzianka.

Nic.

A przynajmniej nie to, czego się spodziewałam.

Świeży liść pachniał zielenią, świeżą rośliną, ziemią. Nie miał tego mocnego, charakterystycznego zapachu, który próbowałam odnaleźć w pamięci.

Potarłam go mocniej palcami.

Coś delikatnego dało się wyczuć.

Znajomego.

Ale chyba jeszcze szybciej niż mój nos zareagowała pamięć.

Bo wystarczyło podnieść głowę.

Obok pola stała stodoła.

A w niej, pod samym dachem, wisiały całe rzędy liści tytoniu.

Jeden obok drugiego.

Dziesiątki.

Setki.

Wielkie liście zwisały równymi rzędami i suszyły się dokładnie tak, jak te, które pamiętałam z dzieciństwa.

I wtedy już nie potrzebowałam żadnego zapachu.

Ten obraz wystarczył.

Stałam w Pensylwanii, tysiące kilometrów od miejsca, w którym dorastałam, a przed oczami miałam pole moich dziadków.

Przez chwilę znowu byłam tą małą dziewczynką.

Biegałam boso między wysokimi roślinami.

Chowałam się za wielkimi liśćmi.

Gdzieś obok byli dziadkowie.

Rodzice.

Krewni.

Ktoś pracował.

Ktoś coś wołał.

My, dzieciaki, mieliśmy swój własny świat i byliśmy przekonani, że tak będzie zawsze.

Tylko że nie jest.

Dziadków już nie ma.

Tamtego pola nie ma już w moim życiu.

Tamtych wakacji też nie da się powtórzyć.

A ja stoję po drugiej stronie oceanu, mam własną rodzinę, własne dzieci, zupełnie inne życie i patrzę na kawałek amerykańskiej ziemi, który wydobył ze mnie wspomnienie tak stare, że nawet nie wiedziałam, jak głęboko zapisało się w mojej głowie.

Moje dzieciństwo.

Patrzyłam na te pola i pomyślałam też o moich dzieciach.

One już nie znają takiego świata.

Nie wiedzą, jak to jest wejść pomiędzy rzędy roślin i urządzić sobie tam pół dnia zabawy.

Nie nawlekają liści na druty.

Nie kręcą się przy dorosłych pracujących w polu.

Ich dzieciństwo pachnie inaczej.

I wiecie co?

Nie chcę mówić, że nasze było lepsze.

Bo każde pokolenie ma swoje dzieciństwo.

My mieliśmy pola, trzepaki, drzewa, rowery, podwórka i kolana pozdzierane do krwi.

Dzisiejsze dzieci mają swoje miejsca, swoje przygody i swoje historie.

Tylko czasem myślę, że my mieliśmy coś, czego dzisiaj trochę brakuje.

Nudę.

Taką dobrą nudę.

Nikt nie organizował nam każdej godziny.

Nikt nie zastanawiał się, czy zapewniono nam odpowiednią liczbę atrakcji.

Dostawaliśmy kawałek świata i sami musieliśmy wymyślić, co z nim zrobić.

A dziecięca wyobraźnia potrafiła z pola machorki zrobić dżunglę, z patyka miecz, z rowu fortecę, a z całego dnia przy pracy dorosłych wakacyjną przygodę.

I może dlatego tyle z tego pamiętamy.

Nie dlatego, że było spektakularnie.

Właśnie dlatego, że było zwyczajnie.

Byli ludzie, których kochaliśmy.

Było miejsce, które znaliśmy.

Był czas, którego nikt jeszcze nie liczył.

I byliśmy my dzieciaki przekonane, że dziadkowie będą zawsze, lato będzie trwało wiecznie, a jutro znowu pobiegniemy w machorkę.

Człowiek dopiero po latach odkrywa, jak ogromną wartość miały te najzwyklejsze dni.

Bo pamięć jest przedziwną rzeczą.

Możesz nie myśleć o czymś przez trzydzieści czy czterdzieści lat.

Możesz przeprowadzić się na drugi koniec świata.

Zbudować inne życie.

Zostać żoną, matką, dorosłym człowiekiem zajętym tysiącem ważnych spraw.

A potem stajesz przy jakimś polu w Pensylwanii.

Dotykasz jednego wielkiego zielonego liścia.

Patrzysz na stodołę pełną suszącego się tytoniu.

I okazuje się, że ta kilkuletnia dziewczynka wcale nigdzie nie zniknęła.

Cały czas była w Tobie.

Czekała tylko, aż coś otworzy właściwą szufladkę pamięci.

Moja miała zapach ziemi, wielkie zielone liście, bose stopy i nazywała się machorka.

A co otwiera Wasze szufladki z dzieciństwem?

Zapach świeżo skoszonego siana?

Smak chleba z cukrem?

Trzepak pod blokiem?

Babcia stojąca przy kuchni?

Piosenka usłyszana po trzydziestu latach?

A może jakieś miejsce zobaczone zupełnie przypadkiem, przy którym przez moment znowu mieliście osiem lat?

Opowiedzcie.

Bo chyba każdy z nas ma swoją „machorkę”.

Coś zupełnie zwyczajnego, co dla innych może nie znaczyć nic, a nam jednym obrazem, zapachem albo dotykiem potrafi na kilka chwil oddać cały świat, którego już nie ma.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź