Nie potrafię oderwać wzroku od oceanu.

Wyszliśmy rano na śniadanie.

Usiedliśmy na tarasie.

Przed nami tylko piasek, bezkresny ocean i niebo, które zdawało się nie mieć końca.

Usiadłam z kubkiem gorącej, czarnej kawy.

I przepadłam.

Ogromne bałwany z hukiem rozbijały się o brzeg. Jedna fala goniła drugą. Spieniona woda tańczyła w swoim własnym rytmie, a wiatr co chwilę przynosił świeżą bryzę i maleńkie krople słonej wody.

To była najpiękniejsza symfonia, jaką można usłyszeć.

Nie potrzebowałam muzyki.

Nie potrzebowałam rozmów.

Nie potrzebowałam telefonu.

Nie potrzebowałam niczego więcej.

Patrzyłam.

Słuchałam.

Oddychałam.

Chłonęłam każdą sekundę.

I pomyślałam…

Czy naprawdę człowiek może pragnąć czegoś więcej, kiedy przed oczami ma taki obraz?

Ja nie.

Mogłabym siedzieć tutaj cały dzień.

Z kubkiem kawy w dłoni.

Patrzeć.

Milczeć.

Oddychać.

I dziękować.

Bo jak można nie zachwycić się Artystą, który stworzył coś tak niewyobrażalnie pięknego?

Patrzę na ocean i mam wrażenie, że widzę kawałek własnego życia.

Te ogromne fale…

Pełne siły.

Pełne napięcia.

Pełne emocji.

Najpierw powoli rosną.

Nabierają mocy.

Rozpędzają się.

Wyglądają tak, jakby nic nie było w stanie ich zatrzymać.

A potem…

W jednej chwili z hukiem rozbijają się o brzeg.

I właśnie wtedy widzę siebie.

Bo ja też taka jestem.

Żyję na pełnych obrotach.

Kocham całym sercem.

Przeżywam całym sercem.

Czasem we mnie wszystko faluje.

Czasem emocje uderzają o brzeg mojego życia z taką siłą, że wydaje mi się, iż już nic po nich nie zostanie.

A jednak…

Po każdej rozbitej fali przychodzi kolejna.

I jeszcze jedna.

Ocean nigdy się nie poddaje.

Tak samo człowiek.

Patrzę na tę wodę i uświadamiam sobie, że każda fala ma swój początek i swój koniec.

Tak samo każda trudność.

Każdy lęk.

Każdy ból.

Każda burza.

Nawet największy sztorm nie trwa wiecznie.

I chyba właśnie o tym przypomina mi dziś ocean.

Myślę, że zbyt często żyjemy w biegu.

Gonimy za kolejnym obowiązkiem.

Za kolejnym celem.

Za kolejnym dniem.

A tymczasem największe cuda dzieją się wtedy, kiedy człowiek na chwilę przestaje biec.

Siada.

Milknie.

Podnosi wzrok.

I nagle odkrywa, że Pan Bóg od dawna na niego czekał.

W szumie fal.

W zapachu słonego powietrza.

W delikatnym powiewie wiatru.

W promieniach słońca odbijających się od tafli wody.

I w ciszy własnego serca.

Patrzę na ocean i pytam:

Panie Boże…

Jak wielkim trzeba być Artystą, żeby stworzyć coś, co jednocześnie zachwyca oczy i przemawia prosto do serca?

Ile odcieni błękitu.

Ile bieli.

Ile światła.

Ile potęgi.

A wszystko opowiada o Tobie.

Bo natura nie musi krzyczeć.

Ona szepcze.

A ten, kto naprawdę się zatrzyma…

Usłyszy w tym szeptaniu głos Stwórcy.

Dzisiaj ocean opowiedział mi historię.

Nie tylko o sobie.

Opowiedział mi także coś o mnie.

I za to jestem ogromnie wdzięczna.

A Wy?

Czy zdarzyło się Wam kiedyś spojrzeć na góry, morze, las albo zachód słońca i nagle poczuć, że przyroda zaczyna mówić do Waszego serca?

Ja wierzę, że Pan Bóg nie tylko stworzył ten świat.

On zostawił w nim ślady swojej obecności.

Trzeba tylko na chwilę się zatrzymać.

Bo czasem właśnie w ciszy słychać Go najgłośniej.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź