Ostatni dzień naszego błogiego relaksu.

Naprawdę nie wiem, kiedy ten tydzień minął.

Jeszcze przed chwilą rozpakowywaliśmy walizki, a dziś już powoli pakujemy je z powrotem.

Słońce zrobiło swoje.

Jesteśmy przypieczeni jak raczki. 😂

Nosy czerwone, ramiona opalone, a nasz najmłodszy świeci się z daleka jak mała latarenka. Każdy z nas zabiera do domu pamiątkę po tych wakacjach  letnią opaleniznę i mnóstwo pięknych wspomnień.

Dziś jeszcze pływamy.

Uwielbiam wodę.

Najbardziej kocham położyć się na plecach i po prostu unosić się na jej powierzchni. Patrzeć w niebo, zamknąć oczy i pozwolić, żeby wszystkie myśli gdzieś odpłynęły.

Jest tylko jeden mały problem.

Nie cierpię, kiedy woda zostaje mi w uszach. 😂

Dlatego po chwili wracam do mojego niezawodnego stylu…

Żabka.

Tak właśnie pływam.

Bez fajerwerków.

Za to z ogromną przyjemnością.

Wiecie, jak nauczyłam się pływać?

Mój tata miał bardzo… oryginalne metody wychowawcze.

Brał nas nad wodę i… wrzucał.

Sam stał tuż obok, pilnował nas, ale mówił jedno:

– Płyń.

I płynęłyśmy.

Dziś pewnie niejeden psycholog złapałby się za głowę. 😂 Ale właśnie wtedy nauczyłam się ufać swoim rękom, nogom i temu, że dam radę.

Może dlatego do dziś woda daje mi poczucie spokoju.

Marzę, żeby kiedyś mieszkać w miejscu, gdzie basen byłby dosłownie pod nosem.

Taki, do którego mogłabym wejść rano z kubkiem kawy, popływać kilka długości, a potem spokojnie rozpocząć dzień.

Ocean?

Jest zachwycający.

Potężny.

Hipnotyzujący.

Uwielbiam na niego patrzeć.

Mógłabym godzinami siedzieć na brzegu i słuchać szumu fal.

Ale sama kąpiel?

Nie do końca jest dla mnie.

Słona woda, piasek, który później znajdujesz dosłownie wszędzie w torbie, ręczniku, butach, samochodzie… a chyba jeszcze przez tydzień będzie wysypywał się z walizki. 😂

Basen zdecydowanie wygrywa.

Dziś jednak nie wybieram.

Cieszę się wszystkim.

Jeszcze łapiemy wspólne chwile.

Jeszcze śmiejemy się przy basenie.

Jeszcze wsłuchujemy się w szum oceanu.

Jeszcze zachłystujemy się wolnością.

Jeszcze zachwycamy się tym pięknem, które Bóg tak hojnie rozsiał po świecie.

I znowu myślę, że największym bogactwem tych wakacji nie było miejsce.

Nie hotel.

Nie widoki.

Nie pogoda.

Największym darem był czas.

Czas, którego nikt od nas nie chciał.

Czas bez pośpiechu.

Bez budzika.

Bez obowiązków.

Po prostu razem.

Jutro wracamy do nowojorskiej codzienności.

Do pracy.

Do obowiązków.

Ale wracamy bogatsi.

O wspomnienia.

O śmiech.

O rozmowy.

O chwile, których nikt nam już nie odbierze.

I właśnie za to najbardziej dziękuję Bogu.

Bo przypomniał mi po raz kolejny, że szczęście wcale nie jest gdzieś daleko.

Najczęściej siedzi obok nas.

Przy wspólnym stole.

W wodzie, w której razem się śmiejemy.

W zachodzie słońca.

W uścisku bliskich.

W zwyczajnym dniu, który nagle okazuje się niezwykły.

Chwilo…

Trwaj jeszcze odrobinę.

A Wy? Gdybyście mogli zatrzymać jedną chwilę z tegorocznych wakacji na zawsze, która by to była?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź