No i siedzę nad tym listem jak kura nad jajkiem. Departament edukacji pisze, że moje najmłodsze dziecię, mój Tymon, podobno… uwaga… przewyższa wiedzą swój wiek. Ja czytam, czytam drugi raz, trzeci raz i myślę sobie: no dobrze, ale czy oni na pewno piszą o MOIM dziecku?
Wołam dziewczyny:
– Dziewczyny, w jakiej klasie jest młody?
A one na mnie patrzą jak na eksponat muzealny:
– No jak to w jakiej… STEM.
On jest w takiej klasie, gdzie jest rozszerzona matematyka, science, komputery… No dobra, myślę, coś mi tu umyka, trzeba zrobić śledztwo.
Ale rozmowa z Tymonem to nie jest taka zwykła rozmowa. Z nim to trzeba jak z artystą stworzyć klimat. Jak nie ma stołu, farb, wody i czegoś do mieszania, to ja mogę sobie gadać do ściany.
Więc rozkładam warsztat: miseczki, kolory, przyprawy jakbym rosół gotowała.
Młody siada, oczy mu się świecą jak lampki na choince i zaczynamy.
– Tymon, jak jest w tej twojej szkole?
– Mamo, mamy science przy komputerach. Robimy gry.
– Gry?! – ja już widzę go w jakiejś Dolinie Krzemowej
– Tak, to wszystko takie easy.
No dobrze…
– A matematyka?
– Lubię.
– Co robicie?
– Liczymy.
– Fajnie?
– Nie.
I tu mnie wmurowało!
– Czemu?
– Bo liczymy tylko do tysiąca… a to jest easy.
Ja w tym momencie: cisza… system się zawiesił.
– To co ty byś chciał?
A on, z tym błyskiem w oku:
– Ja chcę trudniejszą matematykę. Taką jak Wiktoria ma. A wiesz co ona ma?
– Tak… calculus.
Ja… zbieram szczękę z podłogi.
Wołam Wiktorię:
– Co ty robisz na tej swojej matematyce?!
– Mamo… calculus…
Ja patrzę – wykresy, wzory, jakieś kosmiczne zawijasy. Dla mnie to wygląda jak zapis rozmowy z kosmitami.
A on stoi obok i mówi:
– Jakie to jest fajne… ja też tak chcę.
No i co teraz?
Dzięki Bogu, że to nie ja siedzę z nim nad matematyką
Bo u nas w domu to wygląda tak: kto ma czas, ten tłumaczy. Mąż, dziewczyny rotacja jak w szpitalu na dyżurach.
Ale najbardziej kocha matematykę z dziewczynami. A szczególnie z Wiktorią.
Wiktoria mi czasem przebąkuje:
– Mamo, ja chyba chcę być nauczycielką matematyki.
A ja na to, jak matka z planem życia dla dziecka:
– Dziecko, idź na anestezjologię! Medycyna cię interesuje, kończysz biologię na Hunter, tam trzeba takich spokojnych ludzi jak ty!
A ona patrzy na mnie spokojnie i mówi:
– A co jak się ten pacjent nie obudzi…
I w tym momencie… kończymy rozmowę
Wracamy do matematyki. Bezpieczniej dla wszystkich.
Bo prawda jest taka, że młody ma tę miłość do nauki zaszczepioną od dziewczyn. One zawsze siedziały z matematyką, a ich ojciec – spokojnie, cierpliwie – tłumaczył kolejne liczby, tabelki, równania.
Ja?
Ja się odpalałam szybciej niż czajnik elektryczny.
Homework na stole = ja już w trybie: „tyle mi wystarczy”.
Bo ja pamiętam ten czas, jak mój ojciec mi tłumaczył matematykę… Wolę o tym zapomnieć …
A teraz?
Teraz młody pozbierał wszystko od wszystkich.
Od ojca – cierpliwość.
Od dziewczyn – miłość do matematyki.
Od Oli – zaparcie i dążenie pod prąd, na przekór wszystkiemu.
Od Wiktorii – ambicję i zachwyt nad czymś trudnym.
Od Maxa – nieprzejmowanie się niczym.
A ode mnie… no cóż… charakter
I mamy mieszankę wybuchową.
Sześciolatek, który mówi, że liczenie do tysiąca go nudzi i że on chce całki.
I ja siedzę i myślę:
co z tym zrobić?!
Czy go pchać?
Czy go hamować?
Czy pisać do szkoły?
Czy udawać, że rozumiem tę jego miłość do calculus?
I powiem tak…
Chyba tego się nie ogarnia.
Nie chcę zgasić tej iskry.
Nie chcę powiedzieć „za wcześnie”.
Nie chcę zamknąć go w ramce programu, który dla niego jest po prostu za mały.
Bo to nie jest problem dziecka.
To jest luksusowy problem rodzica
Mieć dziecko, które jest głodne wiedzy.
Które chce więcej.
Które się nie boi trudnego.
Więc chyba jedyne, co można zrobić…
To dać mu narzędzia.
Dać mu ludzi (i tu dziewczyny robią robotę życia).
Dać mu przestrzeń.
I czasem po prostu usiąść obok…
patrzeć jak miesza kolory, liczy, myśli…
I próbować nadążyć.
A ja?
Ja chyba naprawdę zapiszę się na korki z matematyki…
Bo za chwilę mój sześciolatek zacznie mnie pytać o całki…
a ja mu na to odpowiem:
„Synu… mama umie zrobić pierogi i policzyć, ile ich zrobiła. Albo napisać pismo do departamentu edukacji – oczywiście po polsku, bo tak potrafię pisać, tworzyć z emocji, które się we mnie gotują. A potem dziewczyny mi to przetłumaczą i okroją z tego, co niepotrzebne… bo one zawsze mi wypomną: mamo, konkret pisz, a nie esej.” 😄
No i tyle… uzupełniamy się w tym naszym domu.
Co byście zrobili na moim miejscu?
Pchać go dalej i szukać mu trudniejszych rzeczy już teraz?
Czy zostawić go w tym systemie i tylko w domu dokładać mu tej matematyki, którą kocha?
Czy pisać do szkoły, rozmawiać, kombinować, żeby go gdzieś „wyżej” podciągnąć?
Jak znaleźć ten złoty środek, żeby nie zgasić tej iskry… ale też nie przegrzać silnika?
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.