Moje życie z ludźmi, których spotykam na swojej drodze, mogłabym porównać do pędzącego pociągu… takiego pendolino. Pędzi z zawrotną prędkością. Czasem aż trudno się utrzymać  trzeba się nieźle natrudzić, żeby trzymając się poręczy, nie wypaść przez uchylone okna codzienności.

Ale ten pociąg… on nie jedzie tylko przed siebie bez sensu.

On się zatrzymuje.

Na chwilę. Na moment. Na przystanek.

I wtedy wsiadają ludzie.

Każdy inny. Każdy z własną historią. Każdy coś wnosi.

Czasem ktoś dosiada się tylko na jedną stację ledwo zdążysz zapamiętać twarz, a już go nie ma.

Czasem ktoś jedzie długo śmieje się z Tobą, płacze, milczy, rozumie.

A czasem… ktoś wysiada, znika na lata… i wraca. Jakby nigdy nie wysiadł.

I właśnie w tym moim pociągu życia, we wspólnocie Lew Judy, pojawił się kiedyś On.

Człowiek żywioł.

Głowa pełna pomysłów, ręce zawsze gotowe do pracy.

Boże… jak On potrafił czarować z drewna!

Precyzja, dokładność, pasja to było coś więcej niż hobby, to był jego język.

Ale nie tylko to.

To był człowiek, z którym można było rozmawiać… i to nie byle jak.

Dysputy do 4 nad ranem.

Rozmowy o życiu, o wierze, o wszystkim i o niczym ale zawsze głęboko.

A jeszcze jak do tego była kaszaneczka z jajkiem w piątek… to już w ogóle był inny wymiar rzeczywistości.

Uwielbiałam ten czas.

Te piątkowe popołudnia, kiedy siadaliśmy razem On, inni, my…

Jedliśmy, piliśmy hektolitry coli, kawy i wody z cytryną…

I po prostu byliśmy.

Razem.

Aż pewnego dnia…

Powiedział, że wstępuje do seminarium.

I wiecie co?

Szczękę zbierałam z podłogi.

Naprawdę. Wmurowało mnie.

Bo choć każdy ma swoje powołanie jedni do małżeństwa, inni do samotności, jeszcze inni oddają życie Bogu to kiedy dotyka to kogoś tak bliskiego… to nagle wszystko staje się bardzo realne.

I wtedy…

Mój Przyjaciel wysiadł z mojego pociągu.

Niby kontakt był.

Niby rozmowy przez telefon.

Ale to już nie było to samo.

Bo nie chodzi o słowa.

Chodzi o obecność.

Aż nagle…

On wraca.

Za chwilę święcenia kapłańskie.

I wiecie co się dzieje w moim sercu?

Radość.

Ogromna. Prawdziwa. Głęboka.

Wdzięczność.

Bo moje dzieci będą mogły wzrastać blisko kogoś, kogo znają.

Kogo widziały, jak dorasta w wierze.

Jak się zmienia.

Jak podejmuje decyzje, które nie są łatwe.

One widziały proces.

Nie tylko efekt.

I teraz… ten sam człowiek… będzie kapłanem.

No powiedzcie mi jak tu nie być dumnym? No jak?!

W świecie, w którym tak mało osób wybiera życie z Bogiem…

u nas z naszej wspólnoty wyrasta ktoś, kto mówi: „Idę za Nim”.

To nie jest teoria.

To jest życie.

To jest świadectwo.

I dla moich dzieci to będzie najlepsza lekcja.

Nie kazanie. Nie książka.

Człowiek.

Człowiek, który siedział z nami przy stole, śmiał się, jadł kaszankę…

a teraz będzie dawał Jezusa.

I znów…

wsiada do mojego pociągu.

Siada w tym samym wagonie.

I znów jedziemy razem.

I wiem, że będzie z nami 

kiedy będzie dobrze,

i wtedy, kiedy będziemy upadać.

Czy to nie jest piękne?

Mieć kapłana „swojego”?

Nie w sensie posiadania ale bliskości.

Dla mnie to dar.

Prawdziwy.

I powiem Wam szczerze jaram się tym.

Naprawdę się jaram.

I nie stawiam wobec Niego żadnych oczekiwań.

Bo gdybym zaczęła stawiać je Jemu musiałabym najpierw postawić je sobie…

a wtedy… oj, działo by się 😅

Dlatego po prostu czekam.

Z radością.

Z nadzieją.

Niech będzie narzędziem w rękach Boga.

Niech będzie jak ołówek który zapisuje w życiu ludzi historię Jezusa.

Niech będzie świętym kapłanem.

Wierzę, że będzie.

A Was proszę pomódlcie się za mojego Przyjaciela.

Niech służy ludziom.

Niech będzie przedłużeniem rąk Chrystusa.

Bo takie powroty…

takie „ponowne wsiadanie do pociągu”…

to już nie jest przypadek.

To jest łaska.

Dziękuję Ci Boże …. 


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź