Nie było mnie w pracy trzy dni. Wracam… i nie wiem, gdzie ręce włożyć. Wszystko na mnie leci, wszystko naraz, człowiek stoi i myśli: od czego zacząć? I tak sobie myślę czy ktoś, kto mnie zastępował, wie jak to wszystko robić? Czy robi to „na odwal się”, bez serca, bez zaangażowania? A może ja za bardzo przeżywam, za bardzo wkładam w to siebie?
I wiesz co… nieważne. Nie chcę oceniać.
Wiem jedno dla mnie moja praca ma znaczenie. Moje zaangażowanie ma znaczenie. Ja lubię dawać siebie innym. A tym bardziej tutaj… na oddziale chemioterapii. Tam, gdzie jest tyle bólu, tyle ciszy, tyle walki, o której nawet nie mamy pojęcia.
Ja chcę, żeby to, co robię, dawało tym ludziom choć namiastkę miłości.
Dlatego wkładam w to serce.
I staram się zawsze niezależnie od tego, ile mam roboty zobaczyć człowieka. Lekarza, pielęgniarkę, pacjenta. Uśmiechnąć się. Powiedzieć dobre słowo. Dać kawałek radości.
Bo wiecie… ja widzę tych ludzi.
Widzę lekarza, który już ledwo idzie, powłóczy nogami, zmęczony do granic. I w środku mówię: Boże, daj mu siłę. Daj mu radość. Zobacz, ile on tu niesie cierpienia na swoich barkach…
I uśmiecham się do niego. Tak zwyczajnie. Najserdeczniej jak potrafię. Mówię dzień dobry tak, żeby to było naprawdę dzień dobry
I nagle… on podnosi głowę. Patrzy na mnie jakby Boga zobaczył. Oczy mu się rozjaśniają. Na twarzy pojawia się uśmiech taki dziecięcy, prawdziwy. Zatrzymuje się na chwilę… i odchodzi już inny.
Czy ja zrobiłam coś wielkiego? Nie.
Ale taka chwila radości… komu jej nie potrzeba?
Wiecie ile osób mnie wita? Ilu lekarzy, pielęgniarek zagaduje, tylko żeby zamienić dwa słowa? A ja się zastanawiam dlaczego?
I wtedy przychodzi odpowiedź.
Nie było mnie trzy dni.
Wracam, robię swoje monotonia dnia, sprzątanie, dezynfekcja, wszystko jak zawsze. I nagle jedna pielęgniarka mnie zatrzymuje i mówi:
– Nie było cię kilka dni, prawda?
Zamurowało mnie.
– No… nie było.
Nie tłumaczę się, nie wchodzę w szczegóły – tu nie ma na to czasu, tu się lata jak odrzutowiec.
A ona mówi:
– Dobrze, że już jesteś. Czuło się, że cię nie ma.
I poszła.
A ja stoję. Jak wmurowana.
Czuło się, że mnie nie ma…
Kilka dni później druga mówi to samo:
– Nie było cię, prawda? Jak dobrze, że wróciłaś. Jak dobrze, że TY tu jesteś.
Z naciskiem na „ty”.
A ja stoję przy tej maszynie do chemii, którą właśnie dezynfekuję… i aż mi zapiszczała, jakby też się ucieszyła.
I wtedy już wiedziałam.
To nie ja.
To nie chodzi o mnie.
Dziś siedzę i dziękuję Bogu, że mnie tam postawił. Naprawdę. Mimo że roboty jest tyle, że nie ogarniam. Codziennie proszę innych o pomoc, bo sama nie daję rady. Nowy zarząd, ciśnienie, tempo… wszystko na maksa.
A ja… jestem wdzięczna.
Bo On tam jest ze mną.
Zanim zacznę pracę, mówię:
No co, Boże gotowy jesteś do roboty ze mną? No to zaczynamy. Dawaj, ogarniamy naszą przestrzeń”.
I wchodzę tam z Nim. Otwieram drzwi i jedziemy jak Król i Królowa ze swoim ekwipunkiem .Niosąc miłosierdzie tym, którzy tam pracują i tym, którzy siedzą pod tymi maszynami.
I wiecie co?
Ja sama z siebie bym tego nie uniosła.
Naprawdę.
Już dawno bym to rzuciła tak jak wielu ludzi. Ile razy słyszałam:
Dlaczego ty jeszcze tu jesteś? Jak ty to wytrzymujesz?
I powiem wam szczerze sama bym nie wytrzymała.
Ale Bóg mnie trzyma.
On daje mi siłę. On daje mi moc. On mnie niesie, kiedy ja już nie mam siły iść.
Czasem moje emocje biorą górę. Jest ciężko. Ale kiedy opadnie kurz… widzę to wszystko. Widzę, jak On działa. Jak mnie prowadzi. Jak mnie podnosi.
Ja wiem, że dla wielu z was to może brzmieć jak abstrakcja.
Ale ja wiem, co mówię.
I zrozumieją to ci, którzy mają z Nim relację.
Bo to nie jest teoria. To jest życie.
Boże… dziękuję Ci.
Za to, że jesteś w moim życiu.
Za to, co robisz dla mnie każdego dnia.
Za siłę, za ludzi, za to miejsce.
Uwielbiam Cię.
Wywyższam Cię.
Dziękuję, że jesteś moim Panem i Zbawicielem.
I dziękuję Ci za moją wspólnotę Lew Judy. Bo tam wzrastam. Bo tam Duch Święty działa. Bo tam uczę się iść i nieść Ciebie innym.
I ja Cię niosę… tam. Na oddziale chemioterapii.
Dobrego dnia, kochani.
A wy? Czujecie czasem, że to nie wy tylko sam Ojciec Niebieski działa przez wasze ręce?
Podzielcie się tym. Bo może ktoś właśnie tego potrzebuje tej jednej historii, tego jednego znaku, że Bóg naprawdę działa… tu i teraz.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.