Muszę się z Wami czymś podzielić… bo inaczej te myśli, które we mnie buzują, oplotą mnie jak bluszcz i nie dadzą oddychać.

W środę wiedziałam, że moja Przyjaciółka będzie u mnie na oddziale, na chemii. Pisała mi o tym wcześniej i umówiłyśmy się, że ją odwiedzę. A ja… ja jestem z tych wrażliwców. Takich, którym jedno małe „coś” potrafi w jednej chwili napędzić łzy pod powieki. Dlatego od początku przygotowywałam się do tego spotkania jak do czegoś bardzo ważnego. Układałam w głowie słowa, zdania, ćwiczyłam w sobie spokój… i nic. Pustka. Została tylko modlitwa.

Powiedziałam:

„Boże, poprowadź mnie. Włóż słowa w moje usta i powstrzymaj moje łzy. Ty mnie znasz. Ty wiesz, jaka jestem. Nie chcę się rozklejać na widok mojej koleżanki.”

Nosiłam to w sobie, kręciłam się z tym wewnętrznie, aż w końcu zostawiłam ten temat w Jego rękach.

I przyszła środa. Czas spotkania. Znów powiedziałam:

„Boże, chodź ze mną. Siądź koło nas. Bądź pośród nas. A mnie ogarnij… strząśnij trochę… ustaw tak, żebym nie pociągnęła nikogo w rozpacz ani smutek. Żeby innym chciało się żyć.”

Kiedy zbliżałam się do pokoju, w którym Ona była, w mojej głowie pojawiło się jeszcze jedno, bardzo ludzkie pytanie:

„Boże, jesteś ze mną? Idziesz? Nie zasnąłeś? Nie zapomniałeś, że miałeś ze mną być?”

I wtedy poczułam, jak łzy wielkie jak groch kręcą się pod powiekami. A ja, przestraszona sama sobą, wyszeptałam:

„Jezu, widzisz, co się ze mną dzieje… proszę, pomóż mi się ogarnąć.”

I ogarnął mnie.

Wparowałam do środka jak huragan z powiewem radości. Nie spadła ani jedna łza. Trzymałam się pięknie. A Bóg był pośród nas czułam to. Cicho, spokojnie, prawdziwie.

Ale muszę się też podzielić tym, jak ta moja Przyjaciółka na mnie działa.

Ona przyciąga mnie do siebie jak magnes. Ma w sobie taką mądrość życiową, takie dobro, taką radość i smak życia, że przy niej staję się jak gąbka. Kiedy zaczyna mówić, szkoda, że nie mam przy sobie notatnika, bo każde jej zdanie to pokarm dla duszy. Chłonę ją. Karmię się Nią. Naprawdę.

Ona słucha. Zawsze. Nigdy nie przerywa. A kiedy ja kończę panowie kochani, czapki z głów potrafi obdarować mnie takimi perełkami, że tylko brać i kolekcjonować. Jeszcze nikt mnie tak nie słuchał. Jeszcze nikt mnie tak nie rozumiał. I jeszcze nikt nigdy nie nakarmił mnie słowem tak jak Ona.

Nigdy się nie narzuca. Nigdy nie mówi: „ja wiem lepiej”. A potrafi powiedzieć jedno zdanie i ono we mnie pracuje tygodniami:

„Rodziców masz jednych. Kochaj ich. I wierz mi, że Bóg wiedział, co robi, dając Ci takich Rodziców.”

Tym jednym zdaniem przepadłam. Bo wierzę w Boga. Rozłożyłam je na najmniejsze cząstki, przegryzłam, przeżułam. Czasem smak bywa gorzki i cierpki, ale w środku jest słodycz. I Ona wie, co mówi. A ja jej ufam.

I jeszcze ich małżeństwo… Ja na nich patrzę i po prostu padam. Zawsze mają o czym rozmawiać nawet wtedy, gdy pochylają się wspólnie nad krzyżówką. Zerkają na siebie ukradkiem, przesyłają spojrzenia ciepłe, spokojne, ciche, pełne troski. U mnie w domu tego nie było. Dla mnie to jest obraz miłości.

Jej mąż mówi do mnie:

„A wiesz, zrobię mojej kochanej żonie bitki… ona mówiła, że chce zjeść białka. Ja nie przepadam, ale ona tak. I sok z buraków jej zrobię, żeby jej się krew poprawiła. Prawda, kochanie?”

Podaje jej wodę, dopytuje, jak się czuje, czy czegoś nie potrzeba. A ja się temu przyglądam i łykam każde ich słowo jak pelikan. Bo ja też tak chcę mówić do męża i do dzieci. Od nich nauczyłam się tak wiele a przede wszystkim rozmawiać. I być razem nawet w ciszy. Bo cisza też jest dobra.

Nie ma w Niej złości na Boga. Choroba jest trudna, bolesna, nie do objęcia. A Ona mimo wszystko widzi, że Bóg jest z Nią w tym wszystkim. Czy to nie jest piękne? Taka wiara, która nie krzyczy, tylko świeci.

Rozmowa z Nią biegła tak szybko, że nawet nie wiem, kiedy czas przeleciał i musiałam się zbierać do pracy. A tyle jeszcze chciałam powiedzieć…

Kiedy wróciłam do pracy, usiadłam na fotelu, na którym siedziała Ona. I wracałam myślami do obrazów, do chwil, do słów. Uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy, bo tyle dobra się wtedy wydarzyło. I to dobro zasiało we mnie radość.

Jak dobrze mieć wokół siebie ludzi, którzy są skarbnicą mądrości. Którzy mają w sobie ciepło, radość, chęć życia i dzielenia się tym z innymi. Od których można brać, czerpać i uczyć się jak ze studni bez dna. Ludzi, którzy kochają życie i czerpią z niego garściami, a we wszystkim uwielbiają Boga i dzielą się Jego słowem z innymi.

Czyż to nie piękne, że są tacy ludzie pośród nas?

Że zamiast tylko brać dają. I to pełnymi garściami.

Czyż to nie piękne, że są ludzie, którzy swoim życiem przyciągają innych i w cichości serca dzielą się tym, co najlepsze?

Pomódlcie się proszę za moją Przyjaciółkę. Niech Bóg obdarzy ją łaską zdrowia.

A ja dziś mówię tylko jedno:

Dziękuję, Boże, że czasem stawiasz na naszej drodze ludzi, przez których mówisz najciszej  , a najgłębiej.

A Ty?

Też masz blisko siebie takie osoby, z którymi chcesz iść drogą życia we wspólnocie ludzi wiary w Tego, Który Jest?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź