Ha! Mówiłam, że się nie poddaję. Nie tak łatwo złamać matkę, która dla swoich dzieci gotowa jest stać na rzęsach i walczyć do ostatniej chusteczki. Może przyznaję — pierwszego dnia byłam przytłoczona, zagubiona, nie ogarniałam tego chaosu. To był tylko zwiad. Dziś wracam silniejsza: z planem, z arsenałem i atakuję!
Wstaję rano z jednym celem — przepędzić wroga z nozdrzy mojego dziecka. Wywietrzyłam dom jak pole bitwy przed szturmem: przewietrzyłam każdy kąt, przetarłam kurz, odkurzyłam podłogi, zdezynfekowałam wszystko, co było w zasięgu mojego wzroku. Każda szuflada, każdy parapet — przygotowane do obrony. Bo gdy obiektem są moje dzieci, nie ma półśrodków.
Po szkole poszliśmy prosto do parku. Piękna, spokojna jesień — bez wiatru, bez zimna. Trochę ludzi, liście skrzypiące pod stopami, słońce, które delikatnie grzało policzki. Trzy godziny na świeżym powietrzu i pomyślałam, że może dziś damy radę szybciej. Ale nos ma swoje plany.
Wracamy i rozpoczyna się operacja „Odetkaj Nos”. Kąpiel z ziół — lawenda, goździki — para unosi się niczym obłok ratunkowy, a nosek wciąż wodnisty. Młody prosi o chusteczki, bo wszystko mu się z nozdrzy wylewa. I wtedy wkracza nasza tajna broń — prosto z rąk babci.
To babcia zrobiła maść ze świeżych szyszek sosny i to babcia przygotowała syropek — ten, który pachnie lasem i przypomina spacer po polskiej kniei po deszczu. To jej doświadczenie, jej ręce i jej receptura dały nam naturalne wsparcie w tej walce. Smaruję plecki i klatkę piersiową Tymona babciną maścią; zapach eteryczny wkręca się w nozdrza i działa jak alarm. Podaję syropek — ciepły, domowy, pachnący lasem — i po dwóch ciężkich nocach Tymon pada i… zasypia.
I wtedy — cisza. Fanfary, proszę! 🎺
JA — matka-wojowniczka — i BABCIA — nasz medyczny oficer — wygrałyśmy dzisiejszą bitwę. Odetkaliśmy korek. Wszystko, co zalegało, wyleciało. Udało się! Nie celebruję głośno, bo wiem, że to może być tylko chwila spokoju przed następnym starciem. Ale dziś — mam prawo być dumna (i wysłać babci kwiaty i telefony z podziękowaniami).
Tak to wygląda: nos może wygrać pierwszy dzień, ma przewagę zaskoczenia. Ale my się uczymy. Czytam, sprawdzam, testuję taktyki i korzystam z doświadczenia starszych pokoleń. Z każdym dniem staję się mocniejsza i sprytniejsza. Jeśli dziś cię pokonałam — jutro wyruszę z całą artylerią: lawendowy obłok, babcina maść z szyszek sosny, domowy syrop, apteczkowy arsenał i niekończące się chusteczki. Nie zawaham się ich użyć.
Nigdy, przenigdy się nie poddam, jeśli celem są moje dzieci. Jestem lwicą — bronię swojego potomstwa do końca. Mogę być słaba na początku, mogę się gubić, ale nie odpuszczę. To nie jest walka o wygodę — to walka o oddech, o sen, o spokój mojego dziecka i moją własną chwilę wytchnienia.
Wczorajsza noc? Przespana. Ani jednego budzenia, ani histerii — spokojnie. Tymon ułożony wysoko na poduszkach, bo tak lubi, kiedy coś mu zalega w nosku. Noc minęła cicho, mogliśmy się wszyscy wyspać. Rano Tymon przeciągał się jak kot — roztaczał się po walce z zatkanym noskiem. Mamy remis 1:1, ale my się nie poddajemy. Działamy dalej! Dziś znów użyjemy naturalnych ziół, babcinej maści i syropku ze szyszek sosny. Działamy, aż się całkowicie uwolnimy.
Dziękuję, Babciu — za mądrość, za ręce i za przepis, który działa. To dzięki Tobie nasz arsenał jest pełniejszy, a my mamy więcej spokoju w nocy. <3
A ty? Jak walczysz z zatkanym noskiem? Podziel się planem — wymieńmy arsenały, porady i babcine triki. Bo kiedy w grę wchodzą dzieci — my nie odpuszczamy.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.