No bo powiedz mi… co ja sobie w ogóle myślałam?!

Że jestem mądrzejsza niż zatkany nos?!

Że przechytrzę go jak doświadczona weteranka z pola bitwy — z inhalatorem w jednej ręce i maścią majerankową w drugiej?!

Ha !naiwna ja !

Myślałam, że wystarczy odrobina sprytu, kilka inhalacji, trochę maści pod nosek, kropelki, może jeszcze włączę nawilżacz… ten, który — jak się okazało — po zeszłym roku po prostu umarł śmiercią naturalną.

Chińska myśl techniczna w pełnej krasie: działa jeden sezon, a potem mówi „adios” i przecieka jak Titanic po spotkaniu z górą lodową.

No i zostałam ja.

Ja i zatkany nos.

Na ringu.

Rękawice? — Brak.

Sen? — Brak.

Cierpliwość? — Na wyczerpaniu.

Dziecko? — Umęczone, biedne, sapie jak mały smok z przeziębieniem.

A ja próbuję mu pomóc, kombinuję, głaszczę, tłumaczę, a on tylko:

Zostaw mnie w spokoju!

I płacz, wycie, łzy, dramat — jak w brazylijskiej telenoweli o tytule „Nie oddycham i mam żal do całego świata”.

Czuję się bezradna.

Jakby ktoś wyjął mi z rąk cały oręż macierzyństwa i zostawił z jedną paczką chusteczek.

O siódmej rano, niczym generał po przegranej bitwie, ruszam w trybie detoks domu.

Nie mam pralki w mieszkaniu, ale co tam! Ja mam balkon i determinację!

Wszystko, co mogło gromadzić kurz, roztocza i nieszczęście — WYLATUJE!

Kołdry, poduszki, przytulaski, kocyki, śpiwór — niech lecą!

Niech się wietrzą! Niech chłodne (a raczej październikowe) powietrze zrobi swoje!

Niech te małe diabełki roztocza wiedzą, że matka się nie patyczkuje!

Wietrzę, co się da. Resztę ładuję do worów — pościel, piżamki, wszystko — i zanoszę do pralni na dół.

Nie ma zmiłuj. Jest wojna.

A jak wojna — to pełna mobilizacja!

A ja?

Otwieram okna, robię przeciąg jak w horrorze o duchach, ścieram kurz, kicham, złorzeczę pod nosem, ale walczę.

Bo ja się tak łatwo nie poddaję!

Myślę: zostawię go dziś w domu. Niech odpocznie, niech się wyśpi, niech nos dojdzie do siebie.

A młody na to:

Nie ma mowy! Dziś gym! Kumple! Lunch! Pani będzie tęsknić! W domu będzie boring! Ja mam szkołę, ja mam pracę! Nie zostaję, bo mnie na Greenpoint do lekarza wywieziesz! Idę do szkoły!

I co ja mogę powiedzieć?

On zatkany, ale z życiem w oczach jak mały wojownik.

Więc ubieram go, zakładam bluzę z kapturem, pakuję chusteczki i ruszamy w drogę.

Piękna pogoda, bez wiatru, słońce świeci, a ja czuję się jak bohaterka po przegranej bitwie, która mimo wszystko maszeruje dalej — z kawą w jednej ręce, a nadzieją w drugiej.

Dobrze, nosku, posłuchaj mnie uważnie.

Wczoraj mnie pokonałeś.

Zaskoczyłeś mnie w nocy, gdy byłam słaba i zmęczona.

Ale dziś?

Dziś wchodzę na ring gotowa.

Mam sól morską, inhalator ,czyste pościele, otwarte okna i serce matki, które bije w rytmie:

Nie poddam się, choćbym miała inhalować cały dom!

Więc miej się na baczności, zatkany nosku.

Nie z taką zawodniczką walczyłeś zatkany nosku !

Nie z matką, która potrafi wstać po trzech godzinach snu i dalej walczyć jak lwica o każdy oddech swojego dziecka!

Zatkany nosku, naruszyłeś moją przestrzeń, wdarłeś się i zakłóciłeś mój sen.

Obudziłeś Matkę Chaosu!

Nie zauważyłeś, że chodziłeś po cienkim lodzie — a teraz?

Pękł. W drobny mak!

Nie poddam się, zatkany nosku.

Nie poddam się!

Ja, matka na pełnych obrotach — rozumiesz to? Rozumiesz?!

To nie jest koniec.

To dopiero początek.

Bo ja się nie poddaję.

Ja dopiero zakładam rękawice.

I w tej walce — prędzej czy później — to JA będę mistrzem!

Rozumiesz, zatkany nosku?! ROZUMIESZ?!  💪🔥


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź