Mam swój rytm.

Wstaję rano, półprzytomna, ledwo otwieram oczy, ale ręka już wie, gdzie sięgnąć — wiadomo, kawa! ☕

Bez niej nie istnieję.

Kawa to mój start, mój napęd, moja święta czynność poranna.

I dopiero potem — cała reszta. Obowiązki, zadania, tysiąc rzeczy „na już”, a ja jak taki robocik — zaprogramowana: to zrobić, tam zadzwonić, tu odkurzyć, tam posprzątać, tam lecieć, tu załatwić. Wszystko według planu.

Ostatnio złapaliśmy wirusa 🤧 — cudownie, prawda? Walczymy z nim, jak tylko się da, a wieczorem… padam na twarz.

Nie wiem kiedy, nie wiem jak, ale po prostu nie ma mnie. Wyrąbana z butów jestem.

I tak dzień za dniem. Tryb przetrwania.

Aż tu nagle… dzyń, dzyń!

Dzwoni telefon. Patrzę — Majka!

Nie czekałam ani sekundy. Od razu odebrałam!

A ona, jak anioł zesłany z nieba, mówi:

„Słuchaj, robimy imprezkę urodzinową, wpadajcie!”

A ja bez chwili namysłu, jakby mi ktoś strzał energii w żyłę wstrzyknął:

TAK! BĘDZIEMY!

I nagle czuję, że rosnę. Normalnie, jakby mi skrzydła ktoś przykleił!

Bo jeżu kolczasty… ja od września wpadłam w tryb szkolno-rutynowy jak w pralce na programie codzienny 40°C.

Zero ekscesów, zero wypadów, zero imprez.

Tylko obowiązki, lekcje, kąpiel o 19:30 — „chodź, Tymon, czas spać, rano szkoła”.

Rutyna.

Dzień za dniem to samo.

Człowiek nawet nie zauważy, kiedy przywyknie.

Aż tu nagle — telefon. Zaproszenie. Coś się dzieje!

I w tym momencie czuję, że żyję!

Bo serio, ja nie wiedziałam, jak bardzo jestem spragniona ludzi.

Jak bardzo potrzebuję rozmów, śmiechu, luzu, wspólnego siedzenia przy stole i gadania o niczym i o wszystkim naraz.

Bo wiecie co?

Człowiek to nie jest samotna wyspa.

Nie da się dryfować przez życie w pojedynkę i udawać, że „spoko, dam radę sama”.

Nie, nie damy.

Bo człowiek to istota stadna — potrzebujemy siebie nawzajem jak tlenu!

Te spotkania, rozmowy, uśmiechy, wspólne żarty — to ładowanie akumulatorów duszy.

Taka imprezka, gdzie jest radość, luz, trochę tańców (jakby ktoś chciał 🤣, bo przecież zawsze muzyka gra), trochę wygłupów, trochę rozmów o wszystkim i o niczym — to jest terapia duszy! To jak witaminy dla serca.

A już sama myśl, że w tę niedzielę się spotkamy, że będzie śmiech, że będzie głośno, że będzie życie —

Boże, ja normalnie skaczę z radości jak dziecko przed Mikołajem! 

I wiecie, co jest najlepsze?

Że w takich chwilach przypominam sobie, jak bardzo potrzebujemy innych ludzi.

Jak bardzo potrzebujemy być razem.

Bo to właśnie wtedy — między jednym śmiechem a drugim, między tańcem a rozmową, między kieliszkiem wina a kawałkiem tortu —

człowiek czuje, że żyje. 

Więc tak — odliczam dni do niedzieli,

bo to nie będzie „byle imprezka”.

To będzie święto bycia razem.

Bo czasem, żeby poczuć się lepiej, wystarczy telefon od Majki i jedno wielkie TAK!

A Wy też tak macie?

Że czasem w tej codziennej stagnacji potrzebujecie odskoczni — spotkań z ludźmi, którzy dodają Wam mocy?

Bo życie to nie tylko obowiązki. To też te małe, spontaniczne chwile, w których czujemy, że naprawdę jesteśmy.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź