W niedzielę siedziałam w moim ulubionym fotelu i wpatrywałam się w ekran telefonu.

Czytałam wiadomość od koleżanki.

Raz.

Potem drugi.

I jeszcze raz, jakby za kolejnym razem słowa miały ułożyć się inaczej.

Nie ułożyły się.

Choroba postępuje.

I te dwa słowa wcisnęły mnie głęboko w fotel.

Nie wiedziałam, co powiedzieć.

Nie wiedziałam, co napisać.

Nie wiedziałam nawet, co pomyśleć.

W głowie zaczęło tłuc mi się tylko jedno pytanie.

Boże, dlaczego?

Dlaczego?!

Dlaczego chorują ludzie, którzy tak bardzo chcą żyć?

Dlaczego cierpią ci, którzy mają jeszcze tyle miłości do rozdania, tyle planów, tyle ludzi obok siebie?

Dlaczego moja koleżanka musi przez to przechodzić?

Przecież ją kochasz.

Przecież mówimy, że jesteś dobry.

Że jesteś Ojcem.

Że chcesz dla nas życia w obfitości.

No to gdzie ono jest, Boże?

Gdzie?!

Pytałam.

I nic.

Cisza.

Żadnej odpowiedzi.

I wiecie co?

W tej ciszy zaczął rodzić się we mnie bunt.

Najpierw mały.

A po chwili już się we mnie gotowało.

Złość.

Bezsilność.

Żal.

Taki, że gdybym mogła, przywaliłabym głową w ścianę, bo nie potrafiłam tego wszystkiego poukładać.

Kurwa mać, jak mnie nosiło.

Tak.

Właśnie tak wyglądała w niedzielę moja modlitwa.

Nie była piękna.

Nie była pobożna.

Nie nadawała się na obrazek z zachodem słońca.

Był we mnie krzyk.

Boże, dlaczego?!

I było jeszcze jedno pytanie.

Tym razem już nie do Boga.

Do siebie.

Jola, gdzie jest ta twoja wiara?

No gdzie?

Tak łatwo mówić: „Jezu, ufam Tobie”, kiedy wszystko jakoś się układa.

Tak łatwo mówić o Bożym prowadzeniu, kiedy dzieci są zdrowe, telefon nie przynosi złych wiadomości, a życie mimo swoich zakrętów toczy się dalej.

Ale co zostaje z mojej wiary, kiedy przychodzi cierpienie, którego nie potrafię zaakceptować?

Gdzie jest wtedy moje ziarnko gorczycy?

Szukałam go w sobie i, cholera, ledwo je widziałam.

A może wcale go nie widziałam.

I pomyślałam o Niej .

O jej spokoju.

O jej zawierzeniu.

O tym, że to  Ona przechodzi przez coś, czego ja nawet nie potrafię sobie wyobrazić, a jednak jest w niej coś, czego mnie wtedy brakowało.

Ufność.

Przypomniał mi się jej głos.

Ten aksamitny, ciepły głos, którym śpiewa psalmy w kościele.

Boże… jaki ona ma głos.

Taki, przy którym człowiek na chwilę przestaje patrzeć dookoła i po prostu słucha.

I chciało mi się wyć jeszcze bardziej.

Musiałam wyjść.

Założyłam buty i poszłam.

Nie spacerowałam.

Ja właściwie uciekałam.

Przed własnymi myślami, przed bezradnością, przed pytaniami, na które nikt nie dawał mi odpowiedzi.

Nie biegam, ale tego dnia ruszyłam z kopyta.

Szłam coraz szybciej.

A potem zaczęłam biec.

Biegłam, choć przecież nie biegam.

Biegłam, jakbym mogła wybiegać z siebie tę wściekłość, ten bunt, tę cholerną bezradność.

Klnęłam jak szewc.

W pewnym momencie walnęłam nogą w drzewo, jakby było winne całemu cierpieniu tego świata.

Łzy kapały mi po twarzy.

Nie wycierałam ich.

Niech lecą.

Bo wtedy nie umiałam inaczej.

W końcu zaczęło brakować mi tchu.

I może właśnie tego potrzebowałam.

Bo kiedy ciało wreszcie kazało mi zwolnić, w głowie pojawiła się jedna myśl.

Nie odpowiedź.

Nie wyjaśnienie.

Nie wielkie objawienie, po którym nagle zrozumiałam sens cierpienia.

Nic z tych rzeczy.

Tylko:

Jestem z Nią .

Zatrzymałam się z tą myślą.

Jestem z nią.

Jakby Bóg nie odpowiadał mi na moje „dlaczego”, tylko mówił:

Nie zostawiłem jej.

Jestem.

Prowadzę ją.

Trzymam ją za rękę.

I wtedy coś we mnie pękło.

Bo może ja cały czas żądam od Boga odpowiedzi, a On przecież nie obiecał mi, że wszystko zrozumiem.

Może wiara nie polega na tym, że przestajesz pytać.

Może nie polega na tym, że cierpienie nagle zaczyna mieć sens.

Może wiara wcale nie oznacza spokojnego przyjmowania wszystkiego ze spuszczoną głową i mówienia:

Widocznie tak miało być

Nie.

Ja nie potrafię tak powiedzieć.

Nie chcę oswajać cierpienia pięknymi zdaniami.

Rak nie jest piękny.

Choroba nie jest piękna.

Strach nie jest piękny.

Bezradność rodziny nie jest piękna.

Łzy nie są piękne.

I nie będę udawała przed Bogiem, że mnie to nie wkurza.

Bo wkurza.

Potwornie.

Ale może wiara zaczyna się właśnie tutaj.

Nie wtedy, kiedy wszystko rozumiem.

Tylko wtedy, kiedy nie rozumiem już nic.

Kiedy stoję przed Bogiem wściekła, zapłakana, bezradna i mówię:

Boże, nie rozumiem Cię.

Nie podoba mi się to.

Nie umiem pogodzić się z cierpieniem drugiego człowieka.

Mam do Ciebie tysiąc pytań.

Ale Cię nie puszczę.

Może właśnie to jest moje ziarnko gorczycy.

Nie wielka wiara.

Nie niezachwiana pewność.

Nie święty spokój.

Tylko to jedno:

Nie odchodzę.

Mogę krzyczeć.

Mogę płakać.

Mogę się złościć.

Mogę pytać Boga po raz tysięczny: Dlaczego?

Ale nadal pytam Jego.

Nadal idę do Niego.

Nadal wierzę, że kiedy ja nie potrafię zrobić już absolutnie nic, On jest tam, gdzie ja nie mogę być.

Przy niej.

I dlatego dzisiaj nie proszę Was o odpowiedzi.

Nie potrzebuję tłumaczenia, dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie.

Dzisiaj nie chcę teologii.

Proszę tylko o modlitwę za moją koleżankę.

Bóg wie, za kogo.

Pomódlcie się za Nią .

O siłę.

O pokój.

O potrzebne łaski.

O mądrość dla tych, którzy się nią opiekują.

O nadzieję dla niej i jej najbliższych.

I tak.

Pomódlmy się również o cud.

Bo dopóki wierzę w Boga, będę miała czelność prosić Go o rzeczy po ludzku niemożliwe.

Boże, proszę Cię o jej życie.

Proszę Cię o zdrowie.

Proszę Cię, zatrzymaj chorobę.

Proszę Cię o cud.

A kiedy znowu zapytam:

Dlaczego?

i znowu nie usłyszę odpowiedzi…

pozwól mi przynajmniej usłyszeć w tej ciszy:

„Jestem.

Jestem przy niej.

Nie puściłem jej ręki”.

Bo może moja wiara jest dzisiaj wkurzona, zapłakana i poobijana.

Może jest mniejsza niż ziarnko gorczycy.

Ale ciągle jest zwrócona w Twoją stronę.

Patrzę na nią i myślę o jej spokoju.

O jej ufności.

O tym, że to ona ma tysiąc powodów, żeby krzyczeć, a jednak potrafi oddać się Bogu.

A ja chyba krzyczę trochę za nią.

I może właśnie dlatego nie muszę wszystkiego rozumieć.

Może nie muszę znać odpowiedzi.

Może wystarczy mi świadomość, że można przechodzić przez największą burzę i wciąż trzymać Boga za rękę.

A może jest jeszcze inaczej.

Może to nie my trzymamy Jego.

Może to On trzyma nas.

Kiedy wierzymy.

Kiedy wątpimy.

Kiedy się modlimy.

Kiedy płaczemy.

Kiedy jesteśmy spokojni.

I kiedy ze złości walimy nogą w drzewo i krzyczymy do Niego:

Boże, dlaczego?!

On nadal trzyma.

Ją.

Mnie.

Nas.

Dlatego dzisiaj, Boże, nie będę udawała, że rozumiem.

Nie rozumiem.

Ale proszę Cię trzymaj ją mocno.

Mocniej niż choroba.

Mocniej niż strach.

Mocniej niż wszystko, co przed nią.

A ja będę się modlić.

Będę prosić.

Będę krzyczeć.

I będę bezczelnie wierzyć w cud.

Bo może moja wiara jest dzisiaj wkurzona, zapłakana i poobijana.

Ale wciąż patrzy w Twoją stronę.

I chyba właśnie dlatego wciąż jest wiarą.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź