Środa 

Jak większość dni.

Rutyna.

Codzienność.

Odbieram młodego ze szkoły. Tak jakoś dziś mi się udało wcześniej.

Biorę go za rękę i… aż mną telepnęło.

Od palca aż do łokcia szła gruba czerwona pręga.

Jeżu kolczasty…

Serce podeszło mi do gardła.

Pierwsza myśl?

Co jest, kurka wodna? Narysował sobie markerem czerwoną linię?

Patrzę jeszcze raz.

Nie…

To nie wyglądało jak marker.

To wyglądało jak zakażenie.

Młody uwielbia park. Patyki, trawa, krzaki, wspinaczki. Jak każde dziecko. Zadrapał sobie palec. Nic wielkiego.

Bo przecież dzieci codziennie wracają do domu z obdrapanymi kolanami i rękami. Nikt z tego nie robi tragedii.

Ja też nie robiłam.

Do dziś.

Prosto po szkole pojechaliśmy do pediatry.

W środku cała się trzęsłam.

Już od progu mówię, że boję się, żeby to nie był tężec albo poważne zakażenie. Pokazuję rękę i tę czerwoną pręgę.

Lekarz spojrzał.

– Tak, wygląda na zakażenie. Ale to nic wielkiego.

Nic wielkiego?

Zakażenie?

On mówi to spokojnie, z uśmiechem.

A we mnie wszystko krzyczy.

Boję się. Naprawdę się boję.

W głowie układam plan.

Silny antybiotyk.

Szybkie działanie.

Bo ta czerwona pręga jest już bardzo wysoko.

Tymczasem lekarz spokojnie wypisuje antybiotyk doustny i mówi, że to wystarczy.

Wystarczy?

Naprawdę?

Przecież jeśli zakażenie tak szybko się rozprzestrzenia, to dla mnie wygląda bardzo poważnie.

Pytałam.

Prosiłam.

Nalegałam.

Czy nie powinien dostać mocniejszego leczenia?

Usłyszałam, że nie ma takiej potrzeby.

Wyszłam z gabinetu z receptą.

Ale nie ze spokojem.

We mnie gotował się gar wrzątku.

Gotowa byłam wykrzyczeć, że jestem matką i czuję, że coś tu się nie zgadza.

Powstrzymałam się.

Mój mąż tylko na mnie spojrzał.

– Tylko mi tu zaraz nie wybuchnij…

Po tylu latach doskonale zna moją minę.

Pojechałam do apteki wykupić antybiotyk.

Pokazałam rękę farmaceucie.

Spojrzał i powiedział:

– Na pani miejscu pojechałbym z tym na izbę przyjęć.

I wiecie co?

To było dokładnie to, co czułam od początku.

Przestałam się zastanawiać.

Pojechaliśmy do szpitala.

Tam lekarz obejrzał rękę, zbadał Tymka i powiedział, że bardzo dobrze, iż przyjechaliśmy od razu.

Wyjaśnił, że w jego ocenie antybiotyk przepisany wcześniej był zbyt słaby na tak szybko postępujące zakażenie i że nie warto było czekać do rana.

Kilka minut później byliśmy już na oddziale.

Tymek dostał antybiotyk dożylnie.

Zostajemy na noc.

Jestem wściekła.

To fakt.

Ale moja złość niczego już nie zmieni.

Nie piszę tego po to, żeby udowadniać, że polscy lekarze są lepsi od amerykańskich albo odwrotnie.

Bo wszędzie są fantastyczni lekarze.

I wszędzie zdarzają się błędne decyzje.

Piszę to z jednego powodu.

Nie bójcie się słuchać swojej intuicji.

Rodzic nie stawia diagnozy.

Rodzic nie zastępuje lekarza.

Ale rodzic zna swoje dziecko najlepiej.

Jeśli coś w środku krzyczy, że sytuacja nie wygląda dobrze – pytajcie.

Szukajcie drugiej opinii.

Jedźcie do szpitala, jeśli czujecie, że trzeba.

Lepiej usłyszeć dziesięć razy, że to nic groźnego, niż raz zlekceważyć coś naprawdę poważnego.

Życie z dziećmi to nieustanny rollercoaster.

Rano planujesz zwykły dzień.

Po południu jedziesz do pediatry.

Wieczorem siedzisz na szpitalnym oddziale i dziękujesz Bogu, że posłuchałaś tego cichego głosu w swojej głowie.

Trzymajcie za nas kciuki.

Mam nadzieję, że jutro wrócimy już do domu.

A Wy?

Też mieliście kiedyś sytuację, kiedy intuicja podpowiadała Wam, że trzeba zrobić coś więcej, mimo że wszyscy mówili: „będzie dobrze”?

Dziś chyba i tak nie zasnę…


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź