Ostatnio dużo myślę o tym, jak bardzo dałam się wciągnąć w świat motywacyjnych postów, rolek i ludzi, którzy wiedzą, jak powinno wyglądać życie innych.
Wiecie, o kim mówię.
O tych wszystkich ekspertach od wszystkiego. Od szczęścia, pieniędzy, relacji, wychowania dzieci, biznesu, rozwoju osobistego i duchowości. O ludziach, którzy mają gotową odpowiedź na każde pytanie i receptę na każde życie.
Często, otwierając komputer, trafiałam na takie osoby. Pojawiały się w moim okienku znikąd i zanim się zorientowałam, już słuchałam, o czym mówią.
Czytałam.
Oglądałam.
Robiłam notatki.
Próbowałam wdrażać ich rady.
I za każdym razem miałam poczucie, że wciąż robię za mało.
Że za mało się staram.
Że za mało zarabiam.
Że za mało wierzę w siebie.
Że za mało wychodzę ze strefy komfortu.
Że za mało walczę o swoje marzenia.
A przecież ja naprawdę się starałam.
Bardzo.
Nie siedziałam z założonymi rękami.
Pracowałam.
Podejmowałam różne próby.
Nieraz zaciskałam zęby i szłam dalej, choć byłam zmęczona.
Nieraz robiłam rzeczy wbrew sobie, bo wierzyłam, że tak trzeba.
Bo przecież sukces wymaga poświęceń.
Bo przecież trzeba chcieć bardziej.
Bo przecież każdy może wszystko.
Nawet napisałam kiedyś do jednej z kobiet, która przekonywała, że jesteśmy powołani do życia w luksusie.
Zapytałam ją zwyczajnie:
„To jak zdobyć ten luksus?”
Nie dostałam odpowiedzi, która cokolwiek wyjaśniała.
I chyba wtedy po raz pierwszy zaczęłam rozumieć, że łatwo jest mówić ludziom, jak mają żyć. Znacznie trudniej usiąść obok nich i naprawdę zobaczyć ich życie.
Bo każdy niesie coś swojego.
Swoje ograniczenia.
Swoje doświadczenia.
Swoje obowiązki.
Swoje zmęczenie.
Swoje zranienia.
Nie każdy może rzucić wszystko i zacząć od nowa.
Nie każdy ma takie same możliwości.
Nie każdy marzy o tym samym.
A mimo to ciągle słyszymy, że wystarczy bardziej chcieć.
Kilka dni temu wracałam z Manhattanu i oddzwoniłam do koleżanki.
Już wcześniej chciałam do niej zadzwonić, ale jak to w życiu bywa, ciągle było coś do zrobienia.
Rozmawiałyśmy zwyczajnie.
Bez wielkich słów.
Bez motywacyjnych haseł.
Bez recept na sukces.
I właśnie podczas tej zwykłej rozmowy usłyszałam coś, czego chyba najbardziej potrzebowałam.
Agnieszka powiedziała:
„Bądź sobą. Rób swoją codzienność. Po prostu żyj swoim życiem.”
Tylko tyle.
A może aż tyle.
Bo nagle poczułam, jak schodzi ze mnie napięcie, które nosiłam przez długi czas.
Nie muszę nikogo gonić.
Nie muszę udowadniać swojej wartości.
Nie muszę być kimś innym.
Nie muszę zamieniać swojego życia w nieustanny projekt do poprawiania.
Mogę po prostu dobrze przeżyć dzień, który dostałam.
Zrobić swoją pracę.
Zadbać o dom.
Porozmawiać z bliskimi.
Pomodlić się.
Pośmiać się.
Odpocząć.
Być obecna.
Kilka dni wcześniej podczas Mszy Św. usłyszałam słowa o tym, że czasem trzeba wybaczyć sobie.
Zaakceptować siebie.
Przestać być swoim największym wrogiem.
Te słowa bardzo we mnie pracowały.
A potem przyszła rozmowa z Agnieszką i wszystko jakoś ułożyło się w całość.
Zrozumiałam, że przez całe życie wymagałam od siebie więcej niż ktokolwiek inny.
Ciągle poprawiałam siebie.
Ciągle oceniałam.
Ciągle uważałam, że jeszcze nie jestem wystarczająca.
Dzisiaj już nie chcę tak żyć.
Nie oznacza to, że nie mam marzeń.
Nie oznacza to, że nie chcę się rozwijać.
Ale nie chcę już robić niczego przeciwko sobie.
Nie chcę żyć w ciągłym poczuciu, że jestem spóźniona, gorsza albo niewystarczająca.
Jeżeli jutro pojawi się nowa szansa, chętnie po nią sięgnę.
Jeżeli życie otworzy nowe drzwi, spróbuję przez nie przejść.
Ale nie będę codziennie stawała na rzęsach, żeby zasłużyć na własny szacunek.
Bo coraz bardziej wierzę, że szczęście nie mieszka gdzieś daleko.
Nie czeka za kolejnym kursem, szkoleniem czy motywacyjnym filmikiem.
Czasem siedzi cicho obok nas.
W naszej codzienności.
W zwykłym dniu.
W rozmowie z przyjaciółką.
W zgodzie na siebie.
I chyba właśnie tam zaczyna się prawdziwa wolność.
Od przebaczenia sobie.
Od odłożenia cudzych recept na życie.
Od uwierzenia, że moje życie nie musi wyglądać jak życie kogoś z Facebooka, żeby było dobre.
I od tego, że wreszcie mogę powiedzieć sobie:
„Jestem wystarczająca taka, jaka jestem.”
I wiecie co?
Od kiedy przestałam słuchać wszystkich głosów mówiących mi, kim powinnam być, zaczęłam lepiej słyszeć samą siebie.
Od kilku dni śpię spokojniej.
Nie dlatego, że rozwiązałam wszystkie problemy.
Nie dlatego, że nagle osiągnęłam sukces.
Nie dlatego, że moje życie stało się idealne.
Po prostu przestałam ze sobą walczyć.
Przestałam gonić za kolejną wersją siebie.
Przestałam wierzyć, że gdzieś daleko czeka życie lepsze od tego, które mam.
A przede wszystkim przestałam klikać w kolejne motywacyjne filmiki na Facebooku.
Zaczęłam bardziej doceniać swoją codzienność.
To, co jest.
To, co już mam.
To, kim jestem.
Nie mam dziś gotowej recepty na życie.
Nie wiem, co będzie jutro.
Wiem tylko, że dzisiaj nie chcę już żyć przeciwko sobie.
I to jest dla mnie wystarczająco dużo.
A jak jest u Was?
Czy zdarzyło się Wam kiedyś zatrzymać i pomyśleć, że może nie musicie już nikomu nic udowadniać?
Że może nie trzeba ciągle gonić za czymś więcej, żeby poczuć się wartościowym człowiekiem?
Jestem ciekawa, kiedy ostatnio poczuliście prawdziwy spokój i zgodę na siebie. ❤️
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Piękne i prawdziwe. ♥️
Czasami tak niewiele może zmienić wszystko 🤗
To prawda. ❤️ Czasem jedno proste zdanie wypowiedziane we właściwym momencie potrafi zrobić więcej niż setki motywacyjnych filmików i porad. U mnie właśnie tak było. Nagle poczułam, jak schodzi ze mnie ciężar ciągłego „muszę więcej”, „muszę lepiej”, „muszę szybciej”. I przyszła wolność. Bez wielkich sloganów. Bez presji. Po prostu zgoda na siebie. ❤️