25 lat temu , dokladnie 16 czerwca 2001 roku ,stanęliśmy przed Bogiem i wypowiedzieliśmy jedno krótkie słowo:
„Tak”.
Kilka liter.
Kilka sekund.
A tak naprawdę była to decyzja na całe życie.
Pamiętam tamten dzień doskonale.
Kaplica Podwyższenia Krzyża Świętego.
Krzyż.
Cisza.
Emocje większe niż góry.
I ja dziewczyna, która już wtedy wiedziała, że życie z nią nie będzie spacerem po kwitnącej łące.
Stojąc pod krzyżem, prosiłam:
Maryjo, Ty wiesz, jaka jestem słaba. Nie poradzę sobie bez Ciebie. Idź z nami przez życie. Upraszaj nam potrzebne łaski.
Jezusie, wspieraj nas. Wiesz, jaki mam charakter. Wiesz, że przyjdą kryzysy. Wiesz, że będą dni, kiedy nie będziemy wiedzieli, jak iść dalej. Bądź z nami. Chodź z nami do naszej codzienności, bo bez Was sobie nie poradzimy .
I wiecie co?
Po 25 latach mogę powiedzieć jedno:
Bóg dotrzymał słowa.
Wtedy powiedział:
Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata .
Zaufałam Mu.
Przywiązałam się do Jego stóp jak alpinista do liny ratunkowej i powiedziałam:
Jezu, dałeś mi miłość. To teraz trzymaj mocno. Bo ja się do Ciebie przywiązuję razem z moim mężem. A skoro znasz mnie najlepiej, to wiesz, że to będzie niezły rollercoaster .
I był.
Oj, był.
Bo jeśli ktoś myśli, że 25 lat małżeństwa to romantyczny film, motyle w brzuchu i codzienny zachód słońca przy dźwiękach skrzypiec, to chyba oglądał nasze życie przez bardzo brudne okulary.
Nasze małżeństwo było bardziej jak survival, paintball, skok na bungee, wspinaczka pod górę i jazda kolejką górską bez możliwości wysiadania.
Były momenty, kiedy śmialiśmy się do łez.
Były momenty, kiedy chciało się rzucać talerzami.
Były chwile, kiedy miałam ochotę powiedzieć:
Mam dość!
I były chwile, kiedy mój mąż pewnie patrzył na mnie i zastanawiał się, czy przypadkiem w pakiecie ślubnym nie dostał tornado, tajfunu i awarii systemu alarmowego w jednym.
Bo taka właśnie jestem.
Mój język bywa jak miecz obosieczny.
Jednym słowem potrafię zbudować człowieka.
Ale też jednym słowem mogę złożyć domek z kart.
Jednym spojrzeniem wywołać sztorm.
Jednym zdaniem rozpętać mały tajfun.
I Bóg o tym wiedział.
Mój mąż też szybko się zorientował.
Na szczęście miał przy sobie opatrunki.
Ilekroć mój miecz za bardzo ciął, on często potrafił przyłożyć plaster dokładnie tam, gdzie trzeba było.
Choć nie będę udawać świętej.
Zdarzało się, że i on wyciągał swój miecz.
Oj, wtedy bywało gorąco.
Wtedy iskry leciały na wszystkie strony świata.
Ale właśnie wtedy najbardziej widzieliśmy Boga.
Bo kiedy kończyły się nasze argumenty, nasze racje i nasze pomysły, On przychodził.
Cicho.
Bez wielkich fajerwerków.
Przychodził do naszego bólu.
Do rozczarowania.
Do zmęczenia.
Do łez.
I mówił:
„Ja jestem”.
I nagle znajdowało się rozwiązanie.
Znajdował się kompromis.
Znajdowała się droga.
Znajdowało się przebaczenie.
Dzisiaj, po 25 latach, wiem jedno.
Nie ma idealnych małżeństw.
Są tylko ludzie, którzy codziennie wybierają siebie na nowo.
Pomimo wad.
Pomimo błędów.
Pomimo charakterów, które czasami zderzają się jak dwa rozpędzone pociągi.
I jeśli ktoś mówi mi:
Nie da się
To odpowiadam:
Da się
Ale trzeba wpuścić Boga do środka.
Trzeba Mu zaufać bardziej niż sobie.
Trzeba pozwolić Mu trzymać linę, kiedy własne ręce już nie mają siły.
A mówi wam to kobieta będąca połączeniem tajfunu, torpedy i miecza obosiecznego.
Jeśli nie wierzycie, zapytajcie mojego męża.
On potwierdzi.
A mimo wszystko…
Po tych wszystkich latach wybrałabym dokładnie tak samo.
Jeszcze raz powiedziałabym: „Tak”.
Jeszcze raz wybrałabym jego.
Bo jest moim najlepszym przyjacielem.
Moją codziennością.
Moją bezpieczną przystanią.
Moim darem od Boga.
I chyba Pan Bóg doskonale wiedział, że nie lubię nudy, kiedy postawił go na mojej drodze.
Dlatego dostałam życie pełne przygód.
Prawdziwych.
Nie z katalogu.
Nie z filmu.
Takich z łzami, śmiechem, walką, przebaczeniem i miłością.
A potem pojawiły się nasze dzieci.
Cztery wyjątkowe osobowości.
Cztery kolejne huragany charakterów.
Cztery kolejne dowody na to, że Bóg ma naprawdę niezwykłe poczucie humoru.
I dziś patrzę na to wszystko z wdzięcznością.
Na każde zwycięstwo.
Na każdą porażkę.
Na każdy kryzys.
Na każde pojednanie.
Na każdy dzień.
Bo wiem, że przez wszystkie te lata nie szliśmy sami.
On naprawdę był.
Tak jak obiecał.
I nadal jest.
A może właśnie dlatego tak bardzo wzruszył mnie wieczór 13 czerwca .
Bo patrząc na ludzi zgromadzonych wokół nas podczas jubileuszowej Mszy Świętej w kościele św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Manhattanie, doświadczyłam coś więcej niż 25 lat małżeństwa.
Zobaczyłam 25 lat Bożej wierności.
Powiem Wam szczerze.
Miałam plan.
Naprawdę miałam.
Postanowiłam być dzielna.
Nie płakać.
Nie rozklejać się.
Plan wytrzymał mniej więcej kilka minut.
Potem emocje przejęły dowodzenie.
A emocje, jak wiadomo, nie pytają właściciela o zgodę.
Łzy ustawiły się grzecznie w kolejce i zaczęły płynąć jedna za drugą.
Bo wiecie, jak dobrze jest być we wspólnocie, gdzie ludzie naprawdę się znają?
Gdzie nie jest się anonimowym.
Gdzie kapłan zna was po imieniu.
Zna waszą historię.
Wie, przez jakie burze przeszliście.
Wie, ile razy Bóg podnosił was z kolan.
To niezwykłe uczucie.
Takie pełne ciepła, bliskości i miłości.
Usłyszeliśmy tyle dobrych słów, że spokojnie wystarczyłoby ich na następne 25 lat.
Padły słowa o wierności.
O przyjaźni.
O dobroci.
O dobrym biegu.
A jedno z życzeń brzmiało po prostu:
„You did it!”
I wiecie co?
Tak.
Zrobiliśmy to.
Nie idealnie.
Nie bez błędów.
Nie bez potknięć.
Ale razem.
Dostaliśmy przepiękne kartki pełne życzeń.
Jedna z nich szczególnie mnie rozbawiła.
„25-year warranty has expired. Sorry, no returns.”
25-letnia gwarancja wygasła.
Zwrotów nie przyjmujemy.
I bardzo dobrze.
Bo po tych wszystkich latach nie zamieniłabym mojego męża na żaden inny model.
Po Mszy przyszedł czas na świętowanie.
Była kawa.
Były rozmowy.
Był śmiech.
Były wspomnienia.
Były przytulasy.
Było wszystko to, co sprawia, że człowiek nie chce wracać do domu.
Była też przepyszna karpatka od Magdy.
Powiem tylko tyle.
Jeżeli istnieje konkurs na najlepszą karpatkę świata, Magda wygrała!
Był również żurek przygotowany przez moją mamę.
Było rodzinnie.
Serdecznie.
Prawdziwie.
Tak zwyczajnie pięknie.
A w centrum tego wszystkiego był Bóg.
Ten sam, któremu 25 lat temu powiedzieliśmy nasze „Tak”.
Obecny.
Uwielbiony.
Działający pośród nas.
Dlatego dzisiaj, w 25. rocznicę naszego sakramentalnego „Tak”, chcę powiedzieć tylko jedno:
Dziękuję Ci, Boże.
Za mojego męża.
Za nasze dzieci.
Za wspólnotę Lew Judy.
Za przyjaciół, którzy stali się rodziną.
Za wszystkie łaski.
Za wszystkie lekcje.
Za wszystkie burze.
Za wszystkie cuda.
I za linę, której nigdy nie puściłeś.
Bo kiedy pytam samą siebie:
Czy mogła mi się przydarzyć lepsza przygoda?
Odpowiedź jest tylko jedna.
Absolutnie nie.
Bo małżeństwo z Bogiem pośrodku to najpiękniejsza, najbardziej szalona, najbardziej wymagająca i najbardziej niezwykła przygoda mojego życia.
A my?
My idziemy dalej.
Razem.
I nadal przypięci do tej samej liny.
A jak jest u Was ?
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.