Wszystko zaczęło się od mojego szanownego małżOna 

— Kupiłaś już sukienkę? — pyta niewinnie.

A ja już czuję ciśnienie jak w szybkowarze.

— Nie kupiłam, bo NIC mi się nie podoba.

On załamany:

— Tyle sklepów jest, kobieto!

No są.

Tylko że w tych sklepach albo wiszą kreacje dla greenpointowych żon biznesmenów, albo falbany jak firanka u cioci Krysi.

A ja potrzebuję czegoś z charakterem.

Czegoś, co nie przeprasza za swoją obecność.

Takiego, żebym weszła na salę i żeby ludziom widelce odpadły z wrażenia.

Ja już siebie widzę:

włosy jak bunt połączony z espresso,

srebro,

asymetria,

rockowy klimat

i mina kobiety, która mogłaby prowadzić galerię sztuki na Brooklynie i opierdolić dostawcę za źle ustawione światło.

A sklepy?

Beż.

Tiul.

Cekinki.

Dramat psychiczny.

Mówię więc mężowi:

— Najlepiej to ja pójdę w spodniach i koszuli.

Na co mój małżon   prawie dostał zawału.

— Czyś ty oczadziała kobieto?! Sukienkę musisz mieć!

No dobrze.

Szukam dalej.

I oczywiście jak już coś mi się podoba, to kosztuje tyle, że człowiek potem siedzi i myśli:

„Dobrze… ale gdzie ja to później założę? Do Biedronki?”

Są kobiety, które wchodzą do sklepu, biorą pierwszą sukienkę z wieszaka i wracają szczęśliwe.

A potem jestem ja.

Wchodzę do sklepu i mówię:

— Szukam sukienki dla siebie, może mi pani coś poleci, bo ja nie lubię szukać.

I ta biedna ekspedientka jeszcze nie wie, że już przegrała.

Bo ja naprawdę próbowałam być normalna.

Naprawdę chciałam powiedzieć:

— Och, jaka śliczna sukieneczka.

Ale nie mogę.

Patrzę na te wszystkie falbanki, kwiatuszki i błyszczące cekiny i od razu czuję, jakby ktoś chciał mnie zapakować w obrus z wesela pod Albany.

Ja w tym po prostu umieram psychicznie.

I wtedy wydarzył się cud.

Siedzę wieczorem.

Kawa obok.

Przeglądam sklepy online już bardziej z obowiązku niż nadziei.

I nagle…

JEST.

Moja sukienka.

Długa.

Mój kolor.

Zakryte ramiona.

Bez miliona cekinów.

I kosztowała mniej niż 50 dolarów.

CUD ISTNIEJE.

Mąż psychicznie uratowany.

Ja ubrana.

Świat może spać spokojnie.

I wiecie co?

Im jestem starsza, tym bardziej rozumiem, że styl to nie ubranie.

Styl to energia.

Bo są kobiety, które wtapiają się w tłum.

A ja nigdy nie chciałam wyglądać jak katalog.

Ani jak influencerka od beżowego kapelusza i świeczki o zapachu wanilii.

Chciałam wyglądać jak ja.

I chyba właśnie dlatego znalezienie jednej sukienki trwało dłużej niż niejeden kryzys małżeński.Ale mam idę na imprezę ,ha 😉


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź