W sobotę wieczorem, już przed samym pójściem spać, syn wychodzi z pokoju i z poważną miną oznajmia:
— Nie mam się w co ubrać.
Patrzę na niego. Stoi taki wielki chłop, a mówi jakby był pięciolatkiem bez spodenek.
— Jak to nie masz? — pytam.
— No nie mam. Spodni nie ma. Nogawki za krótkie.
No tak. Klasyka. Dziecko rośnie nocą jak drożdże, a rano spodnie wyglądają jak po młodszym bracie.
Zwołałam więc całą rodzinę do salonu. Zebrali się jak na naradę wojenną.
— Słuchajcie. Jutro rano, o ósmej, wyjazd do Riverhead. Najpierw do kościoła, potem zakupy.
Cisza. Kiwanie głowami. Nikt nie protestuje. Widocznie wszyscy czuli, że spodnie syna wołają o pomstę do nieba.
— Dobra — mówią dziewczyny.
— Okej — mówi mój mąż.
— Jeśli muszę… ale co mi kupisz? — oznajmia Tymon, najmłodszy z drużyny.
— Niespodziankę — odpowiadam. Bo jak zwykle coś dostanie.
Cała załoga zatwierdziła plan. Rozeszli się z powrotem na swoje miejsca, a niedziela została oficjalnie zaplanowana.
Rano pakujemy się do auta i jedziemy do Riverhead. Najpierw na Mszę świętą do św. Izydora na 10:30, na polską Mszę.
Uwielbiam ten kościół. Nie jest duży, nie ma wielkich marmurów i złotych ozdób, ale jest taki przyjemny, kameralny. Taki, gdzie człowiek wchodzi i od razu czuje spokój.
I ma jedną rzecz, którą bardzo w nim cenię: pokój dla rodzin z małymi dziećmi.
Matki mogą tam spokojnie siedzieć podczas Mszy. Dzieci mogą śpiewać, podskakiwać, gadać, a nikt nie patrzy na nie jak na małych terrorystów modlitwy. Nikt nie przewraca oczami, że dziecko oddycha za głośno.
Bardzo mi się to podoba. Szkoda tylko, że w innych kościołach takich pokoi nie ma. Bo matki z małymi dziećmi też chcą się modlić, a nie walczyć o przetrwanie w ławce.
Ale nie narzekam. Cieszę się tym, co mamy. Wiernych jest tyle, że można ich policzyć na palcach obu rąk, a i tak mamy swój kościół i miejsce, gdzie możemy się modlić. A wiadomo, że teraz kościoły się zamyka — brak wiernych.
Dzieci jadą z nami i też lubią ten kościół. Stoimy razem, modlimy się razem. I wiem, że taka modlitwa dużo nam daje.
Bo kiedy coś się dzieje, słyszę:
— Mamo, pomódl się za mnie. Pobłogosław mnie.
I wiem, że zaraz będę pisała do wspólnoty Lew Judy:
„Pomódlcie się za moje dziecko”.
I oni się modlą. I to działa.
Po Mszy świętej ksiądz wychodzi przed ołtarz i mówi:
— Ministranci będą rozdawać serduszka z okazji wczorajszego święta zakochanych.
Stoimy i czekamy, a tu podchodzą ministranci z koszykiem i każdy dostaje po jednym. A my… dostajemy aż trzy.
Zaraz zaczęliśmy je oglądać. Jedno, drugie, trzecie. Takie proste serduszka, a w środku słowa, które trafiają prosto do serca.
„We love, because He first loved us.”
,My miłujemy, ponieważ On pierwszy nas umiłował.”
(1 John 4:19 / 1 List św. Jana 4,19)
,A new commandment I give to you, that you love one another, even as I have loved you, that you also love one another.”
,Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem, tak żebyście i wy się wzajemnie miłowali.”
(John 13:34 / Ewangelia św. Jana 13,34)
,Beloved, if God so loved us, we also ought to love one another.”
,Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my powinniśmy miłować się nawzajem.”
(1 John 4:11 / 1 List św. Jana 4,11)
I aż się człowiekowi robi cieplej w środku. Bo takie małe karteczki, a tyle w nich dobra. Człowiek patrzy i czuje, jak serce się raduje, a dusza skacze.
Pomyślałam sobie, że to taki piękny początek dnia.
Po Mszy zaczyna się druga część dnia: zakupy.
Bo oczywiście Max wyrósł ze spodni. Nogawki za krótkie, buty przetarte, kosmetyków brak. Czyli klasyka: dziecko rośnie, portfel chudnie.
Dziewczyny też postanowiły jechać z nami. One pracują, więc same się ubierają. My, dzięki Bogu, ubieramy tylko chłopaków.
Tylko że ubrać starszego to jak szukać jednorożca w galerii.
Spodnie 32/36.
Nie istnieją.
32/34 — już cud.
A jak znajdziemy 32/36, to cena jak z kosmosu.
A on stoi i mówi:
— Nogawki za krótkie.
No krótkie, bo chłop ma nogi jak bocian, a sklepy najwyraźniej ubierają ludzi do kolan.
I chodzimy od sklepu do sklepu, jakbyśmy igły w stogu siana szukali. Wieszaki, metki, przymierzalnie, oczy już bolą.
Kończy się jak zawsze:
Bierzemy te trochę za krótkie, bo dłuższych nigdzie nie ma.
Potem przerwa na kawę. Starbucks. Frytki, precle. Siedzimy razem przy stoliku, każdy coś je, ktoś się śmieje, ktoś opowiada.
Nikt się nie kłóci.
Nikt nie trzaska drzwiami.
Nikt nie ma focha.
Chwila spokoju.
Zachaczamy jeszcze o Costco. Wózek pełny rzeczy: warzywa, owoce, ser, mleko, jogurty, kawa w ziarenkach, mięso, kurczak z rożna i takie tam codzienne rzeczy potrzebne do przetrwania tygodnia.
A ja oczywiście zapominam kupić trzy zgrzewki jajek. Bo jak zwykle to ja pakuję do wózka, czyli czegoś nie wezmę. Mój mąż zawsze przygotowany, zawsze ze spisaną listą, tylko tym razem gdzieś się zapodziała — no i proszę, efekt jest: jajek brak.
Czyli mój szanowny mąż będzie musiał jechać do BJ’s po jajka, bo u nas bez jajek dom nie funkcjonuje.
Wracamy do domu objuczeni torbami jak wielbłądy. Każdy coś niesie, ktoś coś gubi, komuś torba papierowa pęka i musi zbierać zakupy z mokrego śniegu.
Ale razem.
Bez kłótni.
Bez humorów.
Bez dąsów.
I myślę sobie:
Chwilo, trwaj.
Bo jutro poniedziałek.
Budzik.
Ferie zimowe nareszcie.
Praca.
Obowiązki.
I znów cotygodniowy kołowrotek.
Ale ta niedziela była nasza.
Trochę modlitwy.
Trochę zakupów.
Trochę frytek i kawy.
I dużo bycia razem.
I jeszcze te serduszka z kościoła, które przypomniały nam o tym, co najważniejsze.
I dzień pełen radości.




Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.