Uczymy naszego młodego „Zdrowaś Mario”. Jakoś tak przyszedł już ten czas.
Młody w kościele jest zaangażowany jak mały ministrant: chętnie śpiewa ze wszystkimi, rozkłada ręce razem z kapłanem, klęczy, siada, słucha… choć co chwilę narzeka, że to strasznie długo i pyta:
– Mamo, kiedy już koniec? Bo ja jestem zmęczony!
Ale modlitwy powtarza z radością i zawsze idzie z nami do Komunii Świętej.
No i ostatnio była akcja…
Przyjmuję Komunię, a młody patrzy uważnie i nagle mówi:
– Mamo, ja też chcę taki opłatek!
Tłumaczę mu, że to nie jest zwykły opłatek, nie andrut ze sklepu. Że niedługo będzie jego czas i też przyjmie Pana Jezusa pod postacią chleba do swojego serduszka. A on na to:
– To wyjmij z buzi i daj mi ten chleb!To nie jest chleb, ja tu nie widzę skórki, tylko opłatek taki, jak na Boże Narodzenie jemy.
Mówię mu:
– Tak nie można. Nie mogę wyjąć z buzi i dać. To święty opłatek.
A on swoje:
– To pokaż mi, jak on wygląda!
No to otwieram buzię, pokazuję język i mówię:
– Widzisz?
A młody:
– Widzę… ale daj mi go.
Już nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.
Tłumaczę, że to Pan Jezus, ten co wisi na krzyżu.
Młody patrzy jeszcze raz i z pełną logiką dziecka mówi:
– A gdzie jest jego głowa i ręce, nogi? Przecież tam nic nie ma. To wafelek!
Jak ty zjadłabyś człowieka? No jak?!
I spróbuj tu w kilka sekund wyjaśnić dziecku całą teologię…
W domu zaczęliśmy wspólnie mówić modlitwy, bo wiadomo — jeszcze trochę i Komunia.
Ja nie jestem z tych matek, które każą dwulatkowi modlić się, bo „bozia grozi paluszkiem”.
U nas młody chodzi z nami, widzi, słyszy, naśladuje, modli się po swojemu — a teraz sam powiedział:
– Naucz mnie tego.
Czyli że jest gotowy. Sam chce się modlić, a przynajmniej chce znać modlitwy.
No to uczymy się „Zdrowaś Mario”.
Ja mówię, młody powtarza. Jest poważnie i ładnie… do czasu.
Dochodzi do fragmentu:
– …teraz i w godzinę śmierci naszej…
Mówię powoli:
– Teraz i w godzinę śmierci…
A młody z pełnym przekonaniem:
– Teraz i w godzinę śmierdzi.
– Co?! – pytam.
– Śmierdzi!
– Bąka puściłeś?
– Nie! To ty mówisz „śmierdzi”!
– Ja mówię „śmierci”!
– Nie! Śmierdzi!
Każę powtórzyć — i wypala z dumą, jakby wygłaszał najświętszą prawdę:
– Śmierdzi naszej. Amen.
I to był koniec nauki.
Leżymy i płaczemy ze śmiechu.
Dla nas słowa są takie proste, a dla dwujęzycznych dzieci wszystko czasem miesza się jak masło maślane.
Ale za to ubaw mamy taki, że aż brzuchy bolą — i to też są nasze najpiękniejsze, rodzinne chwile.
I tak sobie myślę, że może właśnie o to chodzi: o tę dziecięcą szczerość, proste pytania i prawdziwą radość.
My uczymy modlitwy, a oni uczą… wiary bez udawania.
A Wy? Macie jakieś perełki językowe albo religijne „wpadki” swoich dzieci?
Podzielcie się — poczytam z przyjemnością! 😊💛
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.