Dziś rano znowu stałam się jedną z tych milionów sardynek upchniętych w puszce metra, jadących w tunelu na Manhattan. Wszyscy pędzimy: studenci z niedospanymi oczami, budowlańcy pachnący poranną kawą, lekarze w fartuchach, pielęgniarki w scrubsach… Każdy gdzieś biegnie, każdy zatopiony w swoim świecie. A większość — pochłonięta ekranem telefonu, jakby to był jedyny świat, który istnieje.

Metro kołysało, ludzie się przepychali, a ja po prostu jechałam — taka sama sardynka jak inni. Ale mam tę „przypadłość”, że obserwuję ludzi. Patrzę. Zastanawiam się. Widzę więcej niż tylko tłum.

I dziś mój wzrok przyciągnęła ona — młoda pielęgniarka. Najpierw po prostu zauważyłam scrubs i plakietkę. Ale coś mnie przy niej zatrzymało. Coś w jej twarzy, w sposobie, w jakim trzymała się poręczy, jakby była zbyt ciężka, by utrzymać ją sama.

Spojrzałam uważniej.

I zobaczyłam to, czego większość ludzi nie widzi — albo udaje, że nie widzi.

Bladość skóry.

Drżenie rąk.

Pot pod nosem.

Pustka w oczach.

Ten cichy alarm, który ja znam aż za dobrze — spadek cukru.

W sekundę wiedziałam, co się dzieje. I w sekundę też ruszyłam z miejsca. Nie czekałam, aż ktoś inny zareaguje, bo… cóż, nikt inny nawet nie patrzył.

Położyłam dłoń na jej ręce i poprosiłam, żeby usiadła. Nawet nie zdążyłam całkiem wstać, a już dziesięć osób było gotowych wskoczyć w moje miejsce, jakby to był ostatni fotel w całym metrze. Ale trzymałam je dla niej. Ona osunęła się na siedzenie jak ktoś, komu kolana przestały ufać.

Zapytałam, czy dobrze się czuje.

Odpowiedziała cichym, ledwo słyszalnym „nie”.

Czy wezwać pomoc?

Gdzie? Pod wodą? W tunelu? W wagonie, w którym nikt nawet nie podnosi głowy?

Podałam jej wodę — moją zimną, lodowatą, dopiero co wyjętą z domu. Chciałam dać coś słodkiego, ale nie miałam. Patrzyłam na nią i serce mi się ściskało, bo widziałam jej walkę o utrzymanie świadomości. A jednocześnie widziałam coś jeszcze…

Nikt. Absolutnie nikt poza mną nie zareagował.

Ani jedna osoba obok.

Ani jedna ręka wyciągnięta.

Ani jedno spojrzenie.

Totalna obojętność.

Ludzie wlepieni w ekrany.

Jakby świat, który naprawdę dzieje się wokół nich, nie istniał.

Młoda kobieta, która jedzie pomagać ludziom w szpitalu, mogłaby stracić przytomność tuż obok nich — i nawet wtedy pewnie ktoś tylko odsunąłby nogę, żeby jej głowa nie dotknęła czyjegoś buta. Tyle empatii…

Dopiero przy Grand Central jedna kobieta łaskawie oderwała wzrok od telefonu i zapytała, co się stało. Ale to nie była troska — to była ludzka ciekawość. Taka, która budzi się, gdy już w zasadzie po wszystkim.

Wyciągnęła banana, bo nagle sobie przypomniała, że go ma. Tylko dlatego, że usłyszała moje słowa. Dziewczyna odmówiła, bo czuła się trochę lepiej. Zaraz wysiadała, do swojego szpitala.

Podziękowała mi.

A ja patrzyłam na nią i czułam… złość. Ogromną, gorzką złość.

I ta złość trzyma mnie nadal. Złość do ludzi. Do świata. Do tej nieszczęsnej obojętności, która stała się normą. Bo tyle się mówi o wrażliwości, o empatii, o uważności… Internet pełen coachów, mentorów, przewodników duchowych. Medytacje, afirmacje, praca z wewnętrznym dzieckiem, uzdrawianie energii, „bądź tu i teraz”, „łagodność”, „miłość”, „światło”.

A ja się pytam — gdzie ta wrażliwość?

Gdzie ta kurwa empatia?

Gdzie ona jest, kiedy obok Ciebie słabnie kobieta?

Kiedy człowiek potrzebuje choćby spojrzenia?

Kiedy wystarczy pół sekundy, by oderwać łeb od telefonu i zobaczyć, że ktoś naprawdę potrzebuje pomocy?

Gdzie my, kurwa, żyjemy?

Kim jesteśmy?

Słuchamy coachów, medytujemy, robimy oddechy, chodzimy na jogę, klepiemy mantry o dobrym życiu, o świetle, o miłości, o świadomości… a pomóc drugiemu człowiekowi nie potrafimy. Zareagować. Podnieść wzroku. Wstać z miejsca. Podać wodę. Zapytać „hej, wszystko ok?”.

To jacy my właściwie jesteśmy?

Od czego jest cała ta „praca nad sobą”, jeśli człowieczeństwo kończy się tam, gdzie zaczyna się ekran telefonu?

I powiem Wam szczerze…

W takich momentach mam wrażenie, że ludzie przestali być ludźmi.

Czy naprawdę tak trudno spojrzeć dookoła?

Zauważyć człowieka?

Oderwać się od tego cholernego ekranu choćby na kilka sekund?

Zapytać „czy wszystko w porządku?”.

Czy trzeba tragedii, żebyśmy zareagowali?

Żebyśmy sobie przypomnieli, że nie jesteśmy jedynymi istotami w tym wagonie?

Przecież każdy z nas może jutro być tą osobą, której nagle robi się słabo. Która potrzebuje jednego gestu, jednego uśmiechu, jednego człowieka o otwartym sercu. Tak niewiele, a jednocześnie tak wiele.

I wiecie co?

Czasem myślę, że naprawdę jestem dziwakiem z innej planety.

Że widzę rzeczy, których inni nie widzą — a może nie chcą widzieć.

Tylko że jeśli to ma być „dziwactwo”, to ja nie chcę się z niego leczyć.

Bo wolę być tym dziwakiem, który reaguje, niż kimś, kto bezmyślnie przewija telefon, podczas gdy drugi człowiek obok walczy o utrzymanie przytomności.

Wierzę, że czasem jesteśmy wysłani w świat po coś.

Żeby podać komuś wodę.

Żeby ustąpić miejsce.

Żeby złapać kogoś za rękę, kiedy traci równowagę.

Żeby powiedzieć słowo, które komuś ratuje dzień — albo życie.

To nie są wielkie gesty.

To jest człowieczeństwo.

I nie zgadzam się, żeby ono znikało.

Nie w mojej obecności.

A teraz powiedzcie mi — i powiedzcie to sobie naprawdę szczerze, bez usprawiedliwień, bez zrzucania winy na pośpiech, stres, metro, poniedziałek:

Kiedy ostatni raz podnieśliście wzrok znad telefonu i naprawdę zobaczyliście drugiego człowieka?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź