Ludzie kochani, ja dziś wstałam jak skowronek — o czwartej rano! Nie po to, żeby świat ratować, ale żeby… ciasto na gofry wymieszać! Bo przecież jak mają być gofry, to takie z sercem, z pianą z białek ubitych na sztywno, z mąką przesianą przez sito i mlekiem jak od alpejskiej krowy – świeżym, pachnącym górami. Full wypas, normalnie mucha nie siada.

A mój mąż? Jak zawsze — pierwszy do pomocy. On to z tych, co jak już coś robią, to całym sobą. Uwielbiam z nim razem kręcić, mieszać, śmiać się, bo Bóg naprawdę dał mi kompana do życia jak z bajki. Z nim to i codzienność ma smak przygody. Idziemy razem przez życie, patrząc w tę samą stronę, i choć czasem wieje, to nasz wiatr zawsze niesie w to samo miejsce — do dobra, do ludzi, do wspólnoty.

Ale dziś nie o nas. Dziś o tej niezwykłej sile bycia razem.

Punkt siódma rano – cała nasza wesoła drużyna pod kościołem na Manhattanie, gotowa jak jedna rodzina. Od pierwszej chwili działo się! Gofrownic było chyba z dziesięć, więc jak podłączyliśmy wszystko naraz, to wiadomo – korki poleciały jak fajerwerki! Ale nie z nami te numery! Chłopaki wzięli się do roboty, pomyśleli, podłączyli wszystko raz jeszcze – i ruszyliśmy z pełną mocą. Ciasto lało się strumieniami, gofry pachniały niebiańsko, a my biegaliśmy między maszynami z taką radością, że aż serce tańczyło.

I wiecie co? Kocham takie chwile. Kocham ten śmiech, gwar, zapach gorących gofrów, rozmowy pomiędzy mieszaniem ciasta a dekorowaniem bitą śmietaną i owocami. Każdy coś daje – trochę serca, trochę czasu, trochę uśmiechu. Bo w takich momentach człowiek czuje, że naprawdę żyje, że jest częścią czegoś większego niż sam.

Ludzie gadają, żartują, pomagają, przytulają spojrzeniem. I nawet kiedy przychodzi czas sprzątania, nikt nie marudzi – bo tam, gdzie jest radość, tam i mop tańczy w rytm muzyki. A po wszystkim trudno się rozstać. Bo to nie tylko wspólna praca, to wspólne bycie, taka domowa miłość rozsypana jak cukier puder po gofrach.

A najpiękniejszy moment? Mój pięciolatek, który od siódmej rano z nami biegał z czapką kucharską i fartuszkiem, jak gwiazdka od Michellina, zapytał, gdy wychodziliśmy:

„Mamo, a kiedy znowu będziemy robić obiad w kościele?”

I powiedzcie mi, czy można się wtedy nie rozpłakać z radości?

Bo są takie miejsca, gdzie człowiek nie chce wychodzić. Takie chwile, w których serce mówi: „Zostań jeszcze, tu jest dobro, tu jest miłość.”

A my mamy właśnie takie miejsce. Takich ludzi. Takich przyjaciół. I takie wspomnienia, które pachną ciepłymi goframi, śmiechem dzieci i spokojem serca.

A wy, macie takie miejsca, takich przyjaciół wokół siebie?

Lubicie podobnie spędzać czas?

Angażujecie się w takie inicjatywy?

Podzielcie się.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź