Byliście, widzieliście? Dajcie znak, jakie były Wasze wrażenia po… Lubicie filmy Smarzowskiego? Jeśli tak, to który zrobił na Was największe wrażenie i dlaczego?
Od dawna śledziłam zwiastuny filmu „Dom dobry” Wojciecha Smarzowskiego. Kiedy zobaczyłam pierwszy zwiastun, zamarłam. Siedziałam wtedy w moim miękkim, ciepłym fotelu, spokojna, z kubkiem kawy i kawałkiem jabłka w dłoni. Chwila zwyczajna, codzienna. A potem — jakby ktoś uderzył mnie w samo serce. Poczułam, jak coś zaciska mi się wokół gardła, jakby niewidzialna obręcz. Kawałek jabłka stanął mi w gardle, pobiegłam do łazienki, przekonana, że się dławię. Wymiotowałam, ale to nie było z jedzenia. To było z emocji. To, co zobaczyłam na ekranie, nie przeszło przeze mnie — ono we mnie zostało. Wrócił stary lęk. Obraz przemocy, cierpienia, bezsilności. Wtedy już wiedziałam — nie obejrzę tego filmu. Nie dlatego, że mam coś do Smarzowskiego. Przeciwnie — właśnie dlatego, że wiem, jak bardzo potrafi on dotrzeć do człowieka, jak głęboko wbija swoje obrazy w duszę. Po zwiastunie czułam się tak, jakbym sama przeżyła coś, czego nie chcę już więcej widzieć. Ten zwiastun wbił mnie w fotel.
Myślałam o dzieciach, które dorastały w domach, gdzie codziennością był strach. O tych, które wtulały się w siebie, słysząc krzyk matki. Które cicho siedziały i słyszały kolejne razy, kolejne słowa, które raniły gorzej niż brzytwa, ale te dzieci nie mogły nic zrobić, musiały siedzieć cicho i udawać, że wszystko jest dobrze, a przecież nie było. O tych, które widziały ją leżącą na podłodze i słyszały: „potknęłam się”. O dzieciach, które nigdy nie powiedziały nikomu prawdy, bo w ich domach obowiązywała zasada: „nie mów nikomu, co się dzieje w domu”.
Zastanawiam się, czy Wojciech Smarzowski — tworząc „Dom dobry” — myślał o tych dzieciach. O tych, które dorosły, przykryły wszystko głęboko, próbując ułożyć sobie życie. I które teraz, po obejrzeniu zwiastuna, znów czują, jak budzą się w nich stare obrazy, stary lęk, stary ból.
Czy on pomyślał o nich? O tych, które próbowały ochronić matkę, ale nie mogły. O tych, które marzyły, że znajdą magiczne przejście, jak w bajce, i zabiorą ją stamtąd — w świat, gdzie nikt nie krzyczy, gdzie nikt nie bije, gdzie można po prostu spać spokojnie. Gdzie żyją w normalnej rodzinie, gdzie tata przytula mamę, a mama jest szczęśliwa i radosna. Gdzie dzieci czują miłość, radość i szczęście, a nie ciągły strach, ból, niepewność i chęć zamknięcia oczu na zawsze, by to piekło się wreszcie skończyło.
Nie potępiam Smarzowskiego. Wiem, że on tworzy kino, które mówi prawdę, nawet jeśli ta prawda boli. Ale wiem też, że nie każdy człowiek ma siłę ją znieść. Niektórzy po prostu nie mogą. Bo ta prawda już kiedyś ich zniszczyła.
Pamiętam, jak pojawił się „Kler”. Wtedy Kościół — ten instytucjonalny, nie duchowy — bił na alarm. Z ambon padały słowa: „Nie oglądajcie tego filmu, bo obraża wiarę, bo niszczy Kościół”. I ludzie słuchali. Niektórzy nawet z dumą mówili: „Nie pójdę, bo ksiądz powiedział, że to grzech”.
Ja też się wtedy wahałam. Przypomniałam sobie, jak kiedyś — pod wpływem słów duchownych — zabroniłam swoim dzieciom czytać książki o Harrym Potterze, bo „Kościół tak mówił”, że „zło może się wedrzeć”. A potem usłyszałam ojca Adama Szustaka, który mówił, że sam czytał te książki i że są dobre, że uczą o przyjaźni, o dobru, o walce ze złem. I wtedy coś we mnie pękło. Pomyślałam: „Nie mogę żyć cudzą wiarą. Muszę sama rozmawiać z Bogiem, a nie przez cudze zakazy”.
I wtedy obejrzałam „Kler”. Tak, to był film mocny, brutalny, wstrząsający. Pokazywał ciemną stronę Kościoła, tę, o której wielu wolałoby milczeć. Ale ten film nie odebrał mi wiary. Nie odsunął mnie od Boga. Bo moja relacja z Nim nie zależy od księży ani od instytucji. Ja z Bogiem idę przez życie pod rękę. Rozmawiam z Nim, ufam Mu, kłócę się czasem — ale jestem z Nim. „Kler” nie zachwiał tą więzią. On tylko zdarł maskę, pokazał, że nawet tam, gdzie powinno być światło, potrafi być cień.
Wojciech Smarzowski tworzy kino, które się nie boi. Jego filmy to nie rozrywka — to rany. To lustra, w których widzimy rzeczy, od których najchętniej byśmy uciekli. Ale czasem nie wszyscy jesteśmy gotowi w to lustro spojrzeć. Bo nie każdy ból da się przeżyć dwa razy.
Bo tyle się mówi, że ojciec porzucił matkę i dziecko, gdy to było małe. A ja się zastanawiam — czy ojciec, który bije, upokarza i maltretuje swoją żonę, matkę swoich dzieci, naprawdę jest lepszy tylko dlatego, że został? Czy nie byłoby lepiej, gdyby odszedł? Gdyby pozwolił im oddychać, zamiast dusić ich sobą każdego dnia? Ale przecież ona — zniszczona, zależna, przekonana, że „sama sobie nie poradzi” — zostaje. Bo przecież „lepszy taki ojciec niż żaden”. I tak ten strach, ten lęk, rozlewa się po całym życiu. Wsiąka w skórę jak tatuaż, którego żadna terapia nie potrafi wybielić.
A potem takie dzieci czują mocniej. Ich wrażliwość na świat jest przeogromna — czują cudzy ból tak, jakby był ich własnym. Mają w sobie pragnienie, by ratować, pomagać, leczyć. Stają się jak druga Matka Teresa z Kalkuty — dla każdego potrzebującego, dla każdego upadłego. Ale same dla siebie nie mają tej czułości. Nie widzą własnych potrzeb, bo przez lata uczyły się, że są nieistotne. Są niewidzialne. Kochają innych, ale nie potrafią kochać siebie. I potem trudno im stworzyć związek, bo gdzieś głęboko w środku wciąż siedzi ten dawny lęk — że miłość zawsze boli, że bliskość zawsze kończy się krzykiem.
Czy zawsze warto otwierać rany w imię sztuki? Czy czasem lepiej po prostu pozwolić im się zabliźnić i oddychać po swojemu? Bo nie każdy ból trzeba oglądać, żeby wiedzieć, że istnieje. Ale może właśnie dlatego warto o nim mówić — żeby ktoś wreszcie poczuł, że nie jest sam.
A Ty? Czy czasem też czujesz, że pewnych historii nie trzeba oglądać, żeby je znać?Że niektóre rany lepiej leczyć ciszą niż obrazem?
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.