Wiecie, czego się naprawdę boję?

Nie diabła. Nie Halloween. Nie świata.

Boję się człowieka bez serca.

Boję się katolika bez miłości.

Bo gdy wiara traci serce, rodzi się zło.

Co roku to samo. Halloween – a w internecie wrze.

Dzieci się przebierają, a dorośli krzyczą, że to święto diabła,

że kto założy kostium, zaprasza zło do swojego życia,

że Bóg się obrazi, bo ktoś się bawi.

I patrzę na to i pytam:

gdzie w tym Jezus?

Czy On uczył nas bać się ciemności,

czy ją rozświetlać?

Bo zło nie przychodzi w czarnym kapeluszu.

Zło nie ma rogów ani ogona.

Zło rodzi się po cichu – w sercu człowieka, który przestaje kochać.

Tam, gdzie zamiast miłości wchodzi lęk.

Gdzie zamiast zrozumienia pojawia się osąd.

Gdzie zamiast współczucia rodzi się pogarda.

Nie w dyni jest zło, nie w dzieciach, które się bawią.

Zło rodzi się w naszych sercach, kiedy pozwalamy, by lęk zastąpił miłość.

Kiedy zamiast słuchać – krzyczymy.

Kiedy zamiast przytulić – odrzucamy.

Kiedy zamiast kochać – oceniamy.

W ilu domach brat nie rozmawia z bratem,

rodzina się dzieli, bo ktoś wierzy inaczej,

kocha inaczej, myśli inaczej?

A przecież wszyscy klękamy przed tym samym Bogiem.

To nie niewierzący niszczą Kościół.

To my – gdy przestajemy kochać.

Jezus nie powiedział: „Miłuj bliźniego, jeśli jest taki jak ty”.

Powiedział: „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego”.

I nie dodał żadnych warunków.

A w kościele?

Starsza pani przewraca oczami, bo matka przyszła z dzieckiem, które płacze.

Bo przeszkadza. Bo „nie słychać kazania”.

Jakby płacz dziecka mógł obrazić Boga.

A może właśnie ten płacz jest najczystszą modlitwą?

Czasem mam wrażenie, że w kościele bardziej przeszkadza dziecko

niż człowiek z sercem pełnym pogardy.

Że więcej tu lansu niż modlitwy.

Bo Kościół coraz częściej przypomina rewię mody.

Futra, kapelusze, torebki, nowiutkie auta pod samym wejściem.

„Widziałeś, jak się ubrała?”

„A widziałaś, czym przyjechał?”

I nagle Msza Święta staje się pokazem, kto ma więcej i lepiej.

Jakby Bóg patrzył na metki, a nie na serce.

A przecież Bóg nigdy nie spojrzał na człowieka przez pryzmat marki.

W internecie wrze.

Halloween – temat roku. Każdy chce dodać coś od siebie, nastraszyć, pokazać zło.

Bo to się sprzedaje. Bo to jest klikalne.

Ludzie pójdą za tym, co budzi emocje i strach.

Ale kiedy niepełnosprawna osoba potrzebuje wózka albo podjazdu – cisza.

Kiedy matka z dziećmi ucieka z domu i szuka schronienia – cisza.

Bo o tym się nie pisze. To się nie klika.

To nie przynosi zasięgów.

Katolików porusza Halloween, ale nie porusza krzyk cichego cierpienia.

Nie ma postów o tym, jak pomóc sąsiadce w potrzebie, tylko o tym, jak „nie zapraszać diabła do życia”.

A przecież można inaczej.

Tak jak na Woodstocku, gdzie kiedyś widziano tylko grzech i hałas,

a dziś obok sceny stoi Przystanek Jezus.

Tam, gdzie wielu widziało ciemność, ktoś przyniósł światło.

Może zamiast walczyć z Halloween, warto zrobić to samo – pokazać Jezusa,

który nie boi się ludzi, tylko ich kocha.

Bo świat nie potrzebuje kolejnych kazań o strachu.

Potrzebuje ludzi, którzy mają odwagę nieść dobro tam,

gdzie inni widzą tylko zasięgi.

Zło nie rodzi się w Halloween.

Rodzi się w sercu, które zapomniało o pokorze.

W sercu, które modli się ustami, ale myśli o tym, kto ma droższy płaszcz.

W sercu, które mówi „Panie, Panie”, a nie potrafi przebaczyć sąsiadowi.

Bo tyle się mówi o Halloween – że to diabelskie święto, że zaprasza zło.

A kiedy rodzic odrzuca swoje dziecko, bo jest LGBT – zapada cisza.

Kiedy mąż bije żonę – też cisza.

Jakby tam zło nie miało dostępu.

Jakby demon rodził się tylko w dyni, a nie w człowieku, który rani najbliższych.

A przecież właśnie tam rodzi się prawdziwe zło – w sercu, które przestaje kochać.

Nie w maskach i świeczkach, ale w oczach, które patrzą z pogardą.

W dłoniach, które zamiast przytulić – uderzają.

W rodzicach, którzy nie potrafią przyjąć dziecka takim, jakie jest.

W wierze, która boi się miłości bardziej niż grzechu.

A przecież prawdziwy katolik nie wkłada igły w cukierki,

nie szykanuje dziecka, które mówi, że jest inne,

nie odrzuca nikogo tylko dlatego, że boi się zrozumieć.

Jezus nie pytał: „Kim jesteś?” – tylko: „Czy wierzysz, że mogę cię uzdrowić?”.

To jest Ewangelia. To jest wiara.

Nie w strachu. Nie w potępieniu.

W miłości.

Takiej, która nie potrzebuje bronić Boga – tylko Go naśladować.

Ojciec Mateusz Filipkowski pokazał, jak to się robi.

Wybaczył tym, którzy go ranili, i powiedział:

„Nie chcę wchodzić w logikę przemocy.”

Bo prawdziwa siła nie jest w krzyku, tylko w przebaczeniu.

I w tym jednym słowie – „wybaczam” – było więcej Ewangelii

niż w tysiącu kazań.

Bo tylko ten, kto kocha, potrafi przebaczyć.

I tylko ten, kto przebacza, naprawdę kocha.

Kościół bez miłości jest pusty.

Wiara bez współczucia jest martwa.

A człowiek bez serca staje się zimnym kamieniem.

Czas przestać straszyć, a zacząć kochać.

Czas odczarować wiarę.

Jezus nie potrzebuje obrońców.

On potrzebuje ludzi, którzy potrafią kochać.

Bo zło nie wchodzi do Kościoła przez drzwi.

Ono rodzi się w naszych sercach,

kiedy zapominamy, jak przebaczać i jak być ludźmi.

Bo Kościół to nie mury, nie instytucja, nie hierarchia.

Kościół to ja. To ty. To każdy człowiek, który potrafi kochać.

Kościół zaczyna się tam, gdzie ktoś poda rękę zamiast kamienia.

Gdzie ktoś przytuli zamiast osądzić.

Gdzie serce bije dla drugiego, a nie przeciwko niemu.

To jest prawdziwy Kościół Chrystusa – żywy, oddychający, zraniony,

ale wciąż zdolny do miłości.

A mimo wszystko wierzę w dobro.

W ludzi, którzy nie boją się kochać.

W matki, które uczą dzieci modlitwy nie ze strachu, lecz z miłości.

W księży, którzy mają odwagę przyznać się do słabości i nadal służą sercem.

W Boga, który potrafi uleczyć to, co w nas pękło.

Bo dopóki jedno serce bije miłością – zło nie wygra.

Zacznijmy więc od małych rzeczy.

Od jednego dobrego słowa zamiast osądu.

Od cichej modlitwy zamiast plotki.

Od uśmiechu do kogoś, kogo zwykle omijamy.

Od telefonu do brata czy siostry, z którymi od lat nie rozmawiamy.

Od słowa „przepraszam” dla sąsiada, z którym drę koty o kawałek miedzy.

Od odwagi, by usiąść z ojcem, który może nie był idealny,

ale wciąż czeka, żeby usłyszeć: „Tato, kocham cię.”

Bo właśnie tak zaczyna się prawdziwa przemiana Kościoła –

nie od ambon, nie od biskupów, tylko od nas.

Od serca do serca.

Bo niebo zaczyna się tam, gdzie kończy się nienawiść.

A zło umiera tam, gdzie serce znów uczy się kochać.

Więc powiedz mi…

czy twoje serce jeszcze kocha,

czy już tylko wierzy?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź