Kolejna noc za nami. I znowu nieprzespana.

Nie przez deszcz bębniący o parapet, nie przez wiatr wyjący za oknem — powód jak zwykle prosty: mój syn, Tymon.

Młody spał niespokojnie, kręcił się, marudził, ciężko oddychał. Wzięłam go do naszego łóżka — wiadomo, matczyny radar działa najlepiej z odległości maksymalnie pół metra. Leżę, nasłuchuję: czy się nie dusi, czy nie sapie, czy oddycha przez nos. Zastanawiam się nawet, czy to nie krup — te pierwsze podrygi jesieni mają swój „urok”… niestety. A nos? Zatkany jak korek w butelce. Kataru — brak. Zero. Nic.

Zaczynam myśleć: suche powietrze? A przecież jeszcze nie włączyłam ogrzewania! Czekam z tym jak tylko mogę, bo wiem, że gdy kaloryfery ruszą, zaczyna się coroczne show: inhalatory w pogotowiu, krople do nosa w hurtowych ilościach (tak, mam zapasy z Costco — nie pytajcie 😅), witamina C i cynk jako codzienny rytuał, a chusteczki… no cóż, więcej niż papieru toaletowego. Poupychane wszędzie gdzie się da w szafach, kieszeniach, samochodzie. Prowadzimy rodzinną stację obsługi dróg oddechowych i jakoś to się kręci.

Ja zaś, jak co roku, gdy dni robią się krótsze i szaro-buro, tęsknię za słońcem. Brakuje mi tych długich spacerów, promieni na policzkach i ciepła, które ładuje człowieka od środka. Czasem marzę, żeby dało się to słońce zapakować do słoika i dawkować po łyżeczce przez całą zimę. Ale to tylko marzenia…

Wracając do nocy: Tymon oczywiście protestował.

Krople do nosa? -Nie!

Inhalacja? -Broń Boże!

Maść majerankowa? -Nigdy w życiu!

I tak ganialiśmy się dookoła łóżka — ja z kroplami, on z wrzaskiem. Pewnie nas słyszeli w pół bloku. W końcu, gdy emocje opadły, poszliśmy do łazienki — umyłam mu nosek wodą, trochę się polepszyło i zasnął. Wtedy, jak każda matka-ninja, cichutko zrobiłam inhalację z soli fizjologicznej. Dobrze, że mam malutki inhalator, który nie hałasuje — ma tylko jedno zielone światełko. A to światełko działa jak alarm: jeśli Tymon przez sen zobaczy błysk, natychmiast się budzi. Więc owijam inhalator ściereczką, działam po ciemku niczym agent 007 i misja odetkać nosek trwa.

Rano zmęczony, przeciąga się ospale jak kot, który dopiero co zszedł z pieca, ziewa, marudzi, ale po chwili już żywiołowo zakłada plecak. Jakby nocne dramaty w ogóle się nie wydarzyły. Ja jeszcze z kawą w dłoni próbuję ustalić, który dziś dzień tygodnia, a on już gotowy — bo przecież szkoła czeka!

A ja w tym czasie modlę się w duchu, żeby nikt ze szkoły nie dzwonił. Dlaczego? Bo mój syn potrafi dłubać w nosie z pasją godną archeologa — i jedno „wiercenie” wystarczy, by pojawił się krwotok. Telefon do rodzica, pielęgniarka, notatka, procedury… Jeszcze dwa takie incydenty i pewnie dostanę oficjalne pismo: „Proszę zgłosić się do lekarza i wrócić z zaświadczeniem”. Nowojorskie szkolne procedury — niby z troski, a człowiek czuje się, jakby prowadził małą klinikę.

Na szczęście dziś cisza. Nikt nie dzwonił. Nos czysty (póki co), humor poprawiony, a ja włączyłam nawilżacze i trzymam kciuki, żeby noc minęła spokojniej.

Dodatkowy bonus — starsza córka wstaje błyskawicznie, gdy młody płacze, pyta -Mam pomóc?i pakuje się do akcji. Więc zakasuję rękawy i razem szykujemy się na sezon jesienny. Wychodzę na ring przygotowana — kto kogo rozłoży i położy na łopatki? Zobaczymy. Na razie się nie poddajemy. 

A jak to u Was? Czujecie już jesień? Suchość w powietrzu, brak słońca, niekończącą się walkę z katarem, kaszlem i marudzeniem?

U mnie sezon właśnie wystartował — z inhalatorem w jednej ręce, ściereczką w drugiej i kubkiem kawy w trzeciej (tak, wiem — przydałaby się trzecia ręka 😅).

Nie będę ściemniać — nienawidzę nieprzespanych nocy. Kocham spać, naprawdę.

Mogę wstać o czwartej rano, mogę działać jak kombajn, ale tylko wtedy, gdy wcześniej zamknę oczy i zaliczę swój święty rytuał snu.

Bo jeśli ktoś mnie obudzi w środku nocy, to budzi też moją ciemną stronę mocy. I wtedy już nie ma „mamusi” — jest Matka Chaosu, która potrafi jednym spojrzeniem zatrzymać ruch uliczny 

Więc tak, kocham moje dzieci ponad wszystko, ale niech nikt nie próbuje mi wmówić, że brak snu to część „uroku macierzyństwa”.

Nie, to część szkolenia przetrwania. I ja właśnie zdaję je z wyróżnieniem. 


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź