Bozszz, ile można mieć ekscytacji w jednym małym człowieku?!

Od końca wakacji szkoła była właściwie tematem numer jeden. Kto będzie jego panią? Kto będzie w klasie? Czy będą koledzy z zeszłego roku? Co będą robić? Czego się będą uczyć? I oczywiście milion planów na życie, bo mój syn ostatnio planuje, rozmyśla, analizuje i snuje takie opowieści, że ja czasem tylko siedzę i słucham.

I chłonę.

Bo wiem, że kiedyś będę tęsknić właśnie za tym. Za tym potokiem słów, za tymi wielkimi planami małego człowieka i za jego przekonaniem, że świat stoi przed nim otworem.

Wczoraj zaprowadziłam go pod szkołę.

Rozglądał się. Obserwował. Szukał swojej klasy. Wszystko go interesowało. Patrzę na niego i pytam:

– Jak się czujesz?

– Fantastycznie!

No i co ja mam więcej pytać?! 

Chłopak gotowy. Plecak jest. Pierwsza klasa jest. Świat czeka. Możemy działać!

Stanął dumny w szeregu swojej klasy i w tłumie dzieci  zobaczył przyjaciela z zeszłego roku. Będą razem również w tym roku!

I zobaczyłam w jego oczach coś, czego chyba nie da się dobrze opisać. Taką czystą dziecięcą radość. Błysk. Pewność siebie. Ciekawość. Zero strachu.

A potem złapali się z kolegą za ręce i ruszyli.

Mój syn  pełen entuzjazmu, odwagi i ciekawości tego, co przyniesie ta nowa przygoda!

I wiecie co?

Patrzyłam na te dwie małe dłonie i tak jakoś miękko na sercu mi się zrobiło , bo właśnie tak czasem zaczynają się wielkie rzeczy.

Od szkolnego szeregu.

Od usiądziesz ze mną?

Od wspólnego lunchu na szkolnej stołówce.

Od śmiechu na przerwie.

Od trzymania się za rękę, kiedy przed tobą jest coś zupełnie nowego.

Dla nas dorosłych to tylko pierwszy dzień szkoły.

A dla nich?

Nowy kawałek życia.

Nowi ludzie. Nowe przyjaźnie. Pierwsze sukcesy, pierwsze rozczarowania, pierwsze umiem! , czasem pewnie nie umiem i nie będę tego robił! 😂 Pierwsze sekrety. Pierwsze historie, których mama może już nie usłyszy…

Bo jeszcze niedawno ta mała ręka szukała przede wszystkim mojej.

A wczoraj patrzyłam, jak z ogromną pewnością chwyta za rękę kolegę i idzie z nim odkrywać swój świat.

I tak właśnie powinno być.

Tylko nikt nie uprzedza matki, że te najpiękniejsze chwile potrafią jednocześnie tak cholernie cieszyć i powodować jakieś dziwne objawy alergiczne. Człowiek co chwilę wyciera oczy, nos jakiś taki… no wiadomo. Wrzesień. Pyli. 😂

Patrzyłam na niego z taką dumą!

Synku, nie zgub tego błysku.

Nie zgub tej ciekawości świata. Pytaj. Szukaj. Kombinuj. Wymyślaj swoje niestworzone historie i plany na życie. Śmiej się. Popełniaj błędy. Ucz się. Znajduj ludzi, przy których będziesz mógł być sobą. Bądź dobrym przyjacielem i miej szczęście spotykać dobrych przyjaciół.

I wracaj do mnie z tym swoim milionem opowieści. Nawet jeśli wszystkie będziesz chciał opowiedzieć jednocześnie.

Ja będę słuchać.

Bo chyba właśnie na tym polega macierzyństwo najpierw uczysz małego człowieka chodzić, prowadzisz go za rękę, pokazujesz mu świat…

a potem pewnego dnia stoisz kawałek dalej i patrzysz, jak puszcza Twoją rękę, łapie za rękę przyjaciela i mówi całym sobą:

Mamo, spokojnie. Ja już idę. Chcę zobaczyć, co tam jest .

No i poszedł.

Dumny. Szczęśliwy. Podekscytowany.

A ja zostałam pod szkołą dumna jak paw i oczywiście z łezką w oku.

Chociaż trzymajmy się oficjalnej wersji.

Wrześniowa alergia. Zdecydowanie. 

I wydawałoby się, że matka przeżyła pierwszy dzień szkoły, więc teraz już będzie z górki.

Ha! Ha! Ha!

Dzisiaj rano podjechał YELLOW BUS. 

I dziś  się okazało, że pierwszy dzień szkoły to był dopiero trening dla mojego układu nerwowego. 

Bo mój syn po raz pierwszy miał sam pojechać szkolnym autobusem do szkoły.

On?

Radość. Odwaga. Duma. Ekscytacja level high! 

Ja?

Ból brzucha. Noc prawie nieprzespana. Oczywiście alergia. I jeszcze jakieś inne objawy, których medycyna prawdopodobnie nie zna, ale każda matka rozpozna je bez badań. 

A on wsiadł.

Po prostu.

Z plecakiem na plecach, z tą swoją ciekawością świata i miną człowieka, który właśnie rozpoczyna kolejną wielką wyprawę.

Żółty autobus zabrał mojego pierwszoklasistę.

Bozszzzz…

Kiedy to się wydarzyło?!

Przecież dopiero co prowadziłam go za małą rączkę. Dopiero co wszystkiego uczyliśmy się razem. A dziś stoję i patrzę, jak autobus odjeżdża, a w nim siedzi mój syn szczęśliwy, odważny i gotowy na swój dzień.

I wtedy chyba najmocniej człowiek czuje, że czas naprawdę nie pyta o zgodę.

On po prostu leci.

Dzieci rosną.

Ręce, które kurczowo trzymały nasze, powoli się rozluźniają.

Ich świat robi się coraz większy.

A my?

My stoimy trochę dalej.

Patrzymy.

Pękamy z dumy.

I próbujemy zapamiętać jak najwięcej.

Ten plecak.

Ten błysk w oczach.

Tę małą rękę w dłoni przyjaciela.

Ten wielki żółty autobus.

I tę radość dziecka, które jeszcze nie wie, jak bardzo właśnie rośnie na naszych oczach.

A ja już wiem jedno.

Po południu będzie co opowiadać! 

I znając mojego syna, wszystkie historie dostanę jednocześnie, bez przecinków, bez oddechu, z dokładną analizą autobusu, szkoły, kolegów, lunchu i zapewne kilkoma planami na najbliższe piętnaście lat.

I wiecie co?

Niech opowiada.

Ja będę słuchać.

Pierwsza klaso dbaj o mojego chłopaka.

Yellow busie dowoź mi go bezpiecznie. 

A Ty, Synku, jedź. Idź. Pytaj. Poznawaj. Śmiej się. Ucz się. Przyjaźnij. Odkrywaj ten swój wielki świat z tym samym błyskiem, z którym dzisiaj do niego ruszyłeś.

Jestem dumna jak paw.

Trochę niewyspana.

Z bolącym brzuchem.

I oczywiście z tą cholerną wrześniową alergią. 

Bozszz… jak ten czas ucieka.

Ale jest pięknie.

Naprawdę jest pięknie. ❤️

I chyba właśnie dlatego czasem tak bardzo ściska w gardle.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź