Odbylam nietuzinkową rozmowę.

Taką, która zaczęła się właściwie zwyczajnie, a skończyła tak ostrą dyskusją, że w pewnym momencie po prostu się rozłączyłyśmy.

I choć telefon zamilkł, rozmowa we mnie trwa nadal.

Siedzi mi w głowie. Wkurza mnie. Uwiera. Każe myśleć.

Bo rozmawiałyśmy o Kościele.

O naszym Kościele katolickim.

O Eucharystii. O księżach. O pieniądzach. O młodych, których w kościelnych ławkach coraz częściej po prostu nie ma.

I o ludziach, których znam osobiście, a którzy odchodzą z Kościoła katolickiego i wybierają wspólnoty protestanckie.

A takich osób wokół mnie jest coraz więcej.

I nie będę udawała, że tego nie widzę.

Zaczęło się od tego, że moja rozmówczyni powiedziała mi, że była w niedzielę na spotkaniu prowadzonym przez pastora.

Powiedziałam więc:

– Jeżeli jesteś katoliczką, to z punktu widzenia wiary katolickiej nie byłaś na Mszy Świętej.

I się zaczęło.

– Ale przecież modliliśmy się do Boga!

Oczywiście, że się modliliście.

– Czytaliśmy Biblię!

Wierzę.

– Śpiewaliśmy, wielbiliśmy Boga, pastor mówił o Bogu, ludzie byli razem!

Ja tego wszystkiego nie neguję.

Nie twierdzę, że ich modlitwa jest nieważna. Nie twierdzę, że Bóg nie słyszy człowieka modlącego się w kościele protestanckim. Nie mam również potrzeby wyśmiewania czy poniżania czyjejkolwiek wiary.

Ale powiedziałam jej coś, czego nie zamierzam wycofywać.

Dla mnie jako katoliczki nabożeństwo protestanckie nie jest tym samym, czym jest Msza Święta.

Bo w centrum Mszy Świętej jest Eucharystia.

I tu nie chodzi o kawałek opłatka. Nie chodzi o symboliczny gest. Nie chodzi o piękną tradycję naszych babć.

Ja naprawdę wierzę, że podczas konsekracji chleb i wino stają się Ciałem i Krwią Jezusa Chrystusa.

Naprawdę.

Nie tak jakby .Nie symbolicznie.

Wierzę, że On tam jest.

I jeżeli przestanę w to wierzyć, wtedy rzeczywiście mogę powiedzieć:

Wszystko jedno, gdzie pójdę. Przecież wszędzie jest ten sam Bóg .

Ale dopóki wierzę w Eucharystię, nie jest mi wszystko jedno.

I tu mogłabym zakończyć rozmowę. Wyciągnąć Katechizm, postawić kropkę i powiedzieć:

Mam rację 

Tylko co z tego?

Bo wtedy moja rozmówczyni zaczęła mówić o czymś, od czego znacznie trudniej było mi się odciąć.

Powiedziała mniej więcej:

– Wy, katolicy, możecie mówić o Eucharystii, ale popatrzcie, co dzieje się w waszych kościołach.

I poleciało.

Że księża przynudzają.

Że czasami człowiek wychodzi z kazania i nie pamięta ani jednego zdania, które mógłby zabrać do swojego życia.

Że zamiast usłyszeć o Bogu, słyszy kolejny apel, komunikat, ogłoszenie, zbiórkę i prośbę o pieniądze.

Daj na to.

Daj na tamto.

Koperta.

Taca.

Remont.

Zbiórka.

A człowiek zaczyna pytać:

Czy Kościół ma dla mnie coś poza kolejną prośbą o pieniądze?

Mocne?

Mocne.

Niesprawiedliwe wobec wielu parafii i wielu fantastycznych księży?

Oczywiście, że tak.

Ale czy naprawdę nikt z nas nigdy nie miał podobnego odczucia?

I właśnie tutaj zaczęło mnie boleć najbardziej.

Bo łatwo byłoby mi powiedzieć:

Bzdury! Atakujesz Kościół!

Tylko ja sama wiem, że część tego, co mówiła, nie wzięła się z powietrza.

Potem usłyszałam:

– Powiedz mi, co macie dla młodych?

I zrobiło mi się jeszcze mniej wygodnie.

Bo rzeczywiście…

Gdzie oni są?

Gdzie są nastolatki?

Gdzie są młodzi dorośli?

Dlaczego potrafimy mieć kościół pełen dzieci podczas Pierwszej Komunii, pełen młodzieży podczas bierzmowania, a potem nagle robi się pusto?

Bierzmowanie i do widzenia.

Następne spotkanie przy ślubie.

Potem może przy chrzcie dziecka.

A czasem dopiero przy pogrzebie.

I możemy przez następne dwadzieścia lat powtarzać:

Dzisiejsza młodzież jest taka i taka

Tylko może zamiast ciągle pytać:

Dlaczego młodzi nie przychodzą do Kościoła?

warto czasem odwrócić pytanie:

Co zrobiliśmy, żeby chcieli przyjść?

Nie dlatego, że mama każe.

Nie dlatego, że babcia będzie płakała.

Nie dlatego, że potrzebują papierka do bierzmowania.

Tylko dlatego, że czują:

To jest również moje miejsce .

Czy mają gdzie przyjść w piątek wieczorem?

Czy ktoś z nimi usiądzie?

Czy mogą zadać trudne pytania o związki, samotność, zwątpienie, homoseksualizm, cierpienie, naukę, sens życia i swoje wątpliwości dotyczące Boga bez natychmiastowego usłyszenia:

Nie wolno 

Tak nie można 

Kościół naucza

Kościół oczywiście musi nauczać.

Ale może zanim odpowiemy człowiekowi, trzeba go najpierw wysłuchać?

Może młody człowiek potrzebuje zobaczyć, że Kościół nie boi się jego pytań?

Bo jeśli nie zada ich nam, zada je komuś innemu.

I odpowiedź dostanie.

Tylko już niekoniecznie od nas.

Moja rozmówczyni powiedziała:

– U protestantów moje dzieci chcą iść. Są inne rodziny. Są młodzi. Jest muzyka. Spotykamy się. Rozmawiamy. Czytamy Biblię. Ludzie znają się po imieniu. Ktoś zauważa, że mnie nie było.

I wiecie, co jest najłatwiejszą odpowiedzią?

Bo robią show 

Możemy tak powiedzieć.

Tylko że człowiek, który tam poszedł, odpowie:

Może i show. Ale ktoś mnie tam zauważył .

I zaczyna się robić naprawdę niewygodnie.

Bo może nie chodzi tylko o muzykę.

Może chodzi o relację.

O wspólnotę.

O zwykłe:

Jak się masz?

I nie takie rzucone w drzwiach zakrystii, kiedy ksiądz już patrzy na zegarek.

Tylko prawdziwe:

Jak się masz? Co się u ciebie dzieje? Usiądź. Pogadajmy .

Z drugiej strony słyszymy:

„Znajdź sobie stałego spowiednika”.

„Porozmawiaj z księdzem”.

„Potrzebujesz kierownictwa duchowego”.

Pięknie.

Tylko co ma zrobić człowiek, który próbuje i słyszy:

„Nie mam czasu”.

„Jestem zajęty”.

„Umów się kiedy indziej”.

Raz.

Drugi.

Trzeci.

I w końcu już nie przychodzi.

Nie dlatego, że przestał potrzebować rozmowy.

Po prostu znalazł kogoś, kto miał dla niego czas.

I tutaj muszę dopowiedzieć coś bardzo ważnego, bo piszę również z perspektywy Polki mieszkającej od lat w USA.

Na obczyźnie Kościół wygląda trochę inaczej.

Tutaj polska parafia nie jest tylko budynkiem, do którego wpadasz w niedzielę na Mszę, a potem wracasz do domu.

Dla wielu ludzi jest kawałkiem Polski.

Jest miejscem, gdzie słyszysz swój język.

Gdzie twoje dziecko poznaje polskie tradycje.

Gdzie spotykasz ludzi, którzy rozumieją, co znaczy żyć tysiące kilometrów od rodzinnego domu.

Tutaj wspólnota naprawdę potrafi stać się rodziną.

I właśnie dlatego tak trudno mi zrozumieć pewne decyzje, które obserwujemy na emigracji.

Pojawia się kapłan, który zaczyna coś budować.

Nie tylko odprawia swoje.

On wychodzi do ludzi.

Rozmawia.

Słucha.

Zna ich imiona.

Jest z młodymi.

Tworzy spotkania.

Daje im przestrzeń.

Młodzież, której wcześniej prawie nie było, zaczyna wracać.

Rodziny przychodzą z dziećmi.

Powstaje wspólnota.

Ludzie zaczynają czuć:

To jest mój Kościół. Tutaj jest moje miejsce.

Zaczyna się coś dziać.

Zaczyna być życie.

I właśnie wtedy czasami przychodzi cięcie.

Zmiana.

Przeniesienie.

Nowy kapłan.

I słyszymy argument:

Ludzie nie powinni przywiązywać się do księdza .

Tylko wiecie co?

Ja mam z tym ogromny problem.

Bo oczywiście, że nasza wiara nie może opierać się na człowieku.

Kapłan nie jest Bogiem.

Nie idziemy do kościoła dla księdza.

Centrum jest Chrystus.

Ale czy naprawdę więź z dobrym kapłanem jest czymś złym?

Przecież człowiek właśnie poprzez relacje uczy się wiary.

Dobry kapłan może być tym, który przyprowadzi młodego człowieka do Jezusa.

Który nauczy go modlitwy.

Który odpowie na pytania.

Który zobaczy, że coś się z nim dzieje.

Który sprawi, że młody człowiek po latach nieobecności pierwszy raz pomyśli:

Kurczę… może jednak chcę tutaj być

I kiedy właśnie zaczynają pojawiać się owoce, ktoś mówi:

Nie przyzwyczajajcie się

Ale dlaczego?

Na emigracji właśnie potrzebujemy takich więzi.

Potrzebujemy kapłanów, którzy nie są tylko administratorami parafii.

Potrzebujemy pasterzy.

Ludzi zaangażowanych.

Obecnych.

Takich, którzy są częścią wspólnoty, a nie tylko osobą stojącą po drugiej stronie ołtarza.

Bo my tutaj nie mamy za rogiem rodzinnej miejscowości, babci, ciotki, kuzynów i znajomych z dzieciństwa.

Wielu z nas właśnie wokół polskiego kościoła przez lata budowało swój mały kawałek domu.

Dlatego kiedy zabiera się kapłana, który stworzył relacje, czasami nie zmienia się po prostu nazwisko w biuletynie parafialnym.

Rozrywa się coś, co ludzie budowali latami.

I oczywiście kapłani są przenoszeni. Są potrzeby diecezji i zakonów, o których my, świeccy, często nie mamy pojęcia. Nie chcę udawać, że znam powody każdej decyzji.

Ale chcę mieć prawo zapytać:

Czy ktoś przy podejmowaniu tych decyzji patrzy również na ludzi?

Na młodzież, która właśnie zaczęła wracać?

Na dzieci?

Na rodziny?

Na wspólnotę, która właśnie zaczęła żyć?

Bo jeśli przez kilka lat uczymy ludzi:

Budujcie wspólnotę. Twórzcie relacje. Znajdźcie spowiednika. Rozmawiajcie z kapłanem. Zaufajcie mu

a kiedy oni naprawdę to zrobią, mówimy:

No dobrze, ale nie przywiązujcie się, bo go przeniesiemy

to przepraszam…

ale gdzie tu jest logika?

A potem przychodzi następny.

Może świetny ekonomista.

Może doskonały administrator.

Może tabelki się zgadzają, rachunki są opłacone i wszystko pięknie wygląda na papierze.

Tylko ludzi zaczyna ubywać.

Młodzi znowu znikają.

Spotkania umierają.

Wspólnota się rozsypuje.

I zostaje zarządzanie budynkiem.

A przecież Kościół to nie budynek.

Kościół to ludzie.

I jeszcze jedna rzecz, która padła w tej rozmowie.

Pieniądze.

Ludzie naprawdę wiedzą, że utrzymanie kościoła kosztuje.

Prąd kosztuje.

Ogrzewanie kosztuje.

Remont kosztuje.

Ubezpieczenia, naprawy, utrzymanie budynku  to nie bierze się z powietrza.

Nikt rozsądny nie oczekuje, że parafia będzie funkcjonowała za darmo.

Ale ludzie chcą wiedzieć, na co dają.

Jeżeli mówię:

„To jest dar na ołtarz”.

„To jest na remont kościoła”.

„To jest na młodzież”.

„To jest na konkretną potrzebę parafii”.

człowiek rozumie.

Widzę cel.

Wiem, na co daję.

Mogę zdecydować, że chcę być częścią tego dzieła.

Ale kiedy człowiek słyszy tylko:

„Trzeba zapchać dziurę, kolejny apel biskupi”

to coś w nim pęka.

Bo wierny nie chce być chodzącym portfelem do łatania kolejnej dziury w budżecie.

Chce być częścią wspólnoty.

Chce wiedzieć, że jego dar coś buduje.

I przede wszystkim chce czuć, że kiedy nie ma pieniędzy w ręku, nadal jest dla Kościoła tak samo ważny.

Bo jeśli o pieniądze potrafimy upomnieć się kilka razy, a o człowieka, którego od pół roku nie ma w kościele, ani razu…

to może właśnie tutaj powinna zapalić nam się czerwona lampka.

Zwłaszcza tutaj.

Na emigracji.

W Stanach Zjednoczonych.

Gdzie nasze dzieci dorastają już w zupełnie innym świecie niż my.

Gdzie język polski nie zawsze jest ich pierwszym językiem.

Gdzie mają tysiąc innych możliwości.

Gdzie naprawdę nie muszą przyjść do polskiego kościoła.

One muszą chcieć przyjść.

A żeby chciały, nie wystarczy powiedzieć:

„Bo jesteś Polakiem”.

„Bo jesteś katolikiem”.

„Bo babcia chodziła”.

Nie.

One muszą zobaczyć tam życie.

Relację.

Wspólnotę.

Autentyczność.

I Jezusa.

Dlatego kiedy w polskim Kościele w USA pojawia się kapłan, który potrafi dotrzeć do młodych, przyciągnąć rodziny, stworzyć wspólnotę i sprawić, że ludzie po Mszy nie uciekają do samochodów, ale chcą jeszcze zostać razem, może zamiast bać się, że ludzie za bardzo się do niego przywiążą, warto zapytać:

Co on robi dobrze?

Może zamiast ucinać coś, co zaczęło żyć, warto pomóc temu rosnąć?

Bo za kilka lat możemy mieć pięknie utrzymany budynek.

Dobre finanse.

Załatane wszystkie dziury.

Tylko może zabraknąć najważniejszego.

Ludzi.

A szczególnie młodych.

I wtedy żadna księgowość nie odpowie nam na pytanie:

„Gdzie oni wszyscy poszli?”

Padł też w naszej rozmowie temat nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej.

Wiem, że Kościół dopuszcza ich posługę.

Wiem, że istnieją dotyczące tego przepisy i konkretne okoliczności.

Ale wiem również, że dla części wiernych jest to trudne.

Patrzą i pytają:

„Skoro dla mnie to naprawdę jest Ciało Chrystusa, dlaczego rozdaje Je świecki człowiek?”.

Można odpowiedzieć:

„Bo Kościół na to pozwala. Koniec”.

Tylko czy naprawdę o to chodzi?

Może właśnie tutaj potrzeba katechezy.

Wyjaśnienia.

Rozmowy.

Bo bunt człowieka nie zawsze wynika ze złej woli.

Czasami wynika właśnie z tego, że Eucharystię traktuje tak poważnie.

I padło zdanie, które chyba najbardziej mnie rozwaliło:

– Wasz Kościół umrze śmiercią naturalną.

Zagotowało się we mnie.

Bo nie.

Wierzę, że Kościół Chrystusa nie jest tylko ludzką organizacją, której przyszłość zależy od wyników frekwencji.

Ale jednocześnie patrzę na ławki.

Patrzę na młodych.

Patrzę na ludzi, których znałam jako katolików, a którzy dziś są we wspólnotach protestanckich.

I nie chcę sobie wygodnie powiedzieć:

Ich problem. Mieli za mało wiary

Może czasem tak.

Ale może czasami my też zawaliliśmy.

Może mieliśmy Skarb, ale nie potrafiliśmy pokazać jego piękna.

Może mieliśmy Eucharystię, ale zabrakło nam relacji.

Mieliśmy sakramenty, ale zabrakło czasu.

Mieliśmy prawdę, ale czasami podawaliśmy ją bez miłości.

Mieliśmy kościół, ale człowiek nie znalazł w nim wspólnoty.

I to jest dla mnie dramat.

Bo przecież jeżeli naprawdę wierzę, że na ołtarzu jest Jezus Chrystus, to mam ochotę krzyczeć:

Ludzie, my mamy Skarb!

Tylko co z tego, że mamy Skarb, jeżeli czasem zasłaniamy Go człowiekowi sobą?

Biurokracją.

Obojętnością.

Brakiem czasu.

Kłótniami.

Pieniędzmi.

Skandalami.

Chłodem.

Bo zawsze tak było

Bo takie są przepisy

Bo proszę przyjść w godzinach kancelarii

A po drugiej stronie ulicy ktoś mówi:

Chodź. Usiądź z nami. Jak masz na imię? Przyprowadź dzieci. W piątek mamy spotkanie. W sobotę robimy coś dla rodzin. W niedzielę zostań po nabożeństwie. Napijemy się kawy.

I później jesteśmy zdziwieni, że człowiek poszedł.

Nie piszę tego przeciwko Kościołowi.

Piszę to właśnie dlatego, że jestem w Kościele.

I zostaję.

Ze swoim buntem.

Ze swoimi pytaniami.

Z tym, czego nie rozumiem.

Z tym, co mnie wkurza.

Z decyzjami ludzi Kościoła, z którymi czasami kompletnie się nie zgadzam.

Z księżmi, których uwielbiam słuchać, i z takimi, przy których walczę ze snem.

Z całym tym naszym ludzkim bałaganem.

Zostaję.

Wiecie dlaczego?

Bo ostatecznie nie przychodzę tam po księdza.

Nie przychodzę po biskupa.

Nie przychodzę po idealne kazanie.

Nie przychodzę po koncert.

Nie przychodzę po kawę i ciastko.

Nie przychodzę nawet po to, żeby ktoś mnie zabawiał.

Przychodzę po Jezusa.

Przychodzę do Eucharystii.

Przychodzę, bo wierzę, że On tam jest.

I właśnie dlatego boli mnie, kiedy widzę ludzi odchodzących.

Nie chcę za nimi krzyczeć:

Heretycy! Zdrajcy! Jak możecie?!

Chcę zapytać:

Co się wydarzyło, że przestaliście czuć się u nas jak w domu ?

A nas, katolików świeckich, księży, biskupów, wszystkich chciałabym zapytać jeszcze mocniej:

Czy zanim osądzimy tych, którzy odeszli, mieliśmy odwagę zapytać, dlaczego odeszli?

Może odpowiedź nie będzie dla nas przyjemna.

Może zaboli.

Może okaże się, że nie wszystko jest winą „dzisiejszego świata”, telefonów, internetu i młodzieży, której „nic się nie chce”.

Może część odpowiedzialności jest również po naszej stronie.

I jeszcze jedno.

Nie chcę Kościoła protestanckiego w katolickim przebraniu.

Nie chcę zmieniać Eucharystii w koncert.

Nie chcę rozwadniać wiary tylko po to, żeby ławki były pełne.

Nie o to chodzi.

Chcę Kościoła katolickiego, który wie, jaki Skarb posiada, i potrafi zanieść go człowiekowi.

Kościoła, w którym Eucharystia jest centrum, ale człowiek nie jest numerem.

Kościoła, w którym ksiądz jest kapłanem, ale również pasterzem.

Kościoła, w którym młody może zadawać pytania.

Dziecko ma swoje miejsce.

Rodzina znajduje wspólnotę.

Samotny znajduje człowieka.

Zagubiony może zapukać.

A ten, który zwątpił, nie usłyszy od razu kazania, tylko najpierw:

„Siadaj. Opowiedz mi, co się stało”.

Może właśnie tak trzeba dzisiaj bronić Kościoła.

Nie krzykiem, że wszyscy inni się mylą.

Nie udawaniem, że u nas wszystko działa doskonale.

Tylko powrotem do Tego, od którego wszystko się zaczęło.

Do Jezusa.

Bo Jezus miał czas.

Jezus siadał z ludźmi.

Jezus słuchał.

Jezus szedł do tych, których inni omijali.

Jezus mówił prawdę, ale człowiek wiedział, że jest kochany.

I może zanim zaczniemy zastanawiać się, jak zatrzymać ludzi w Kościele, powinniśmy zadać sobie prostsze pytanie:

Czy człowiek, który przekracza próg naszego kościoła, spotyka tam Jezusa również w nas?

Ja zostaję.

Nie dlatego, że nie widzę.

Właśnie dlatego, że widzę.

Nie dlatego, że wszystko akceptuję.

Nie dlatego, że nie mam pytań.

Nie dlatego, że Kościół tworzą sami idealni ludzie.

Zostaję, bo wiem, Kogo tam szukam.

Jezusa w Eucharystii.

Ale jednocześnie nie chcę milczeć, kiedy kolejni ludzie mówią mi, że odchodzą.

Bo może zamiast obrażać się na ich decyzję, najwyższy czas ich wysłuchać.

Dlatego naprawdę jestem ciekawa Waszych doświadczeń.

Czy Wy też to widzicie?

Czy Wasi znajomi albo bliscy odchodzą do wspólnot protestanckich?

Co tam znaleźli?

Czego zabrakło im w Kościele katolickim?

A może macie zupełnie inne doświadczenia i Wasza parafia żyje, młodzi przychodzą, rodziny się spotykają, księża są dostępni i naprawdę dzieje się dobro?

Napiszcie.

Tylko proszę bez wojny religijnej.

Nie interesuje mnie konkurs pod tytułem „czyj Kościół jest lepszy”.

Interesuje mnie znacznie trudniejsze pytanie:

Skoro wierzymy, że mamy Eucharystię Jezusa żywego i obecnego to dlaczego tak wielu ludzi od nas odchodzi?

I co możemy zrobić, żeby zamiast tylko za nimi krzyczeć…

znowu mieć dla nich otwarte drzwi?

Screenshot

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Jedna uwaga do wpisu “Ja zostaję. Ale przestańmy udawać, że nie widzimy, dlaczego inni odchodzą

  1. Jola, rozmowa o kościele to tak jak rozmowa o polityce. Ciężko przekonać do swoich poglądów i wytłumaczyć swoje racje.
    Ja byłam wychowana w typowej polskiej katolickiej rodzinie. Wszelkie święta obrzędy , tradycje, mocno były mi wpojone i podtrzymywane przeze mnie przez wiele lat -w sumie do dzisiaj kontynuuje tradycję.
    Z upływem czasu, gdy stawałam się coraz starsza i dojrzalsza zaczęłam się zastanawiać nad wieloma aspektami naszej religii. Doszłam do wniosku że duża część oparta jest na zwyczajnym strachu. Przez lata było nam wpajane niebo i piekło. Piekło jako kara ,płomienie , diabły i wieczny niepokój. Zjesz mięso w piątek -piekło, nie pójdziesz w niedzielę do kościoła — piekło, nie będziesz się spowiadać — piekło itd. itd. Pamiętam jakim szokiem były dla mnie kościelne spostrzeżenia w Ameryce. Nagle okazało się że przecież to ten sam kościół, ta sama wiara a nikt nie boi się zjeść mięso w piątek, nikt nie boi się iść do komunii co tydzień. Okazało się również że niedzielną mszę można „zaliczyć” w sobotę wieczorem.
    Zauważyłam również że często idę do kościoła tylko po to żeby odhaczyć, żeby uniknąć kary i złości Boga ,żeby nie mieć grzechu. I zaraz potem pojawiła się myśl: przecież Bóg jest dobry, przecież Bóg nie karze a kocha, przecież codziennie modłę się w domu i za wielki sukces uważam to że od wielu lat mój mąż również klęka do modlitwy, codziennie.
    Bardzo długo próbowałam pozbyć się winy gdy nie idę do kościoła w niedzielę. Czy Bóg chciałby abym była tam tylko z przymusu? Chodzę do kościoła gdy naprawdę odczuwam wewnętrzną potrzebę by tam być, żeby się wyciszyć i poczuć przynależność do wspólnoty i przyjąć Eucharystię.
    Bóg jest wszędzie,, być może nawet Bóg jest kobietą, jest energią z której czerpiemy gdy jesteśmy w potrzebie, którą zasilamy gdy jesteśmy radośni. Co jest fajne, to poczucie że ta energia tam zawsze jest bez względu na to co zrobimy, jak się zachowamy , ile razy będziemy w kościele czy ile razy Ją zawiedziemy.
    Bóg jest w nas i tak długo jak jesteśmy w stanie zauważyć jego działanie i obecność we wszystkim dookoła myślę że jesteśmy bezpieczni.

Zostaw odpowiedź