Dzisiaj przeczytałam, że zmarła młoda osoba. Glejak.

I wiecie co? Ja pierdziu… ta choroba naprawdę mnie przeraża.

Nie jestem lekarzem i nie zamierzam tutaj udawać specjalistki. Ale samo słowo glejak jest dla mnie jakieś zimne, straszne. Takie, które człowiekiem telepie.

Bo co jakiś czas słyszę: ktoś zachorował. Ktoś walczy. Ktoś odszedł.

I dzisiaj złapałam się na tym że myślę :

Skąd się bierze to gówno?

Naprawdę.

Żyjemy w czasach, kiedy medycyna potrafi rzeczy, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawały się niemożliwe. Przeszczepiamy narządy, mamy terapie celowane, immunoterapię, roboty operacyjne.Potrafimy zajrzeć człowiekowi niemal w każdy zakamarek ciała.

A jest glejak.

I nagle okazuje się, że nadal tak wielu rzeczy nie wiemy.

Zaczęłam trochę o nim czytać, bo wcześniej specjalnie tego nie robiłam. I chyba najbardziej uderzyło mnie to, że w większości przypadków nie da się wskazać jednej konkretnej przyczyny. Komórki zaczynają się zmieniać, namnażać, powstaje guz, ale dlaczego wydarzyło się to właśnie u tego człowieka?

Często nie ma odpowiedzi.

I to chyba przeraża mnie najbardziej.

Bo skoro nie znamy konkretnej przyczyny, to jak mamy się przed tym chronić?

Nie chcę tym wpisem nikogo straszyć. Absolutnie. Ból głowy nie oznacza guza mózgu. Gorsza pamięć również nie. Sama pewnie po przeczytaniu listy objawów znalazłabym u siebie połowę.

Ale są rzeczy, których nie powinniśmy ignorować. Nowe i nasilające się bóle głowy, problemy ze wzrokiem, mową czy równowagą, nagłe zmiany zachowania, osłabienie części ciała albo pierwszy w życiu napad padaczkowy to sygnały, które powinny zaprowadzić nas do lekarza.

I dzisiaj chce o tym napisać.

Bo my jesteśmy mistrzami tłumaczenia sobie wszystkiego.

Zmęczona jestem.

Nie wyspałam się.

Stres.

Pogoda.

Wiek.

Przejdzie.

No właśnie.

A może czasami nie powinniśmy czekać, aż przejdzie? Może czasami trzeba po prostu sprawdzić?

Najbardziej jednak siedzi mi dzisiaj w głowie coś zupełnie innego.

Jak to możliwe, że człowiek potrafi wysłać sondę miliardy kilometrów od Ziemi, przeszczepić serce, stworzyć sztuczną inteligencję, a nadal istnieją choroby, przy których lekarz nie może po prostu powiedzieć:

„Mamy lek. Wyleczymy cię”.

Oczywiście glejaki się leczy. Są operacje, radioterapia, chemioterapia, pojawiają się nowe metody i prowadzone są badania. Są również ludzie, którzy żyją z tą diagnozą znacznie dłużej, niż początkowo przewidywano.

Ale nie będę też udawać, że ta choroba mnie nie przeraża.

Przeraża.

Może właśnie dlatego dzisiaj o niej piszę.

Bo czasami wiadomość o śmierci nawet zupełnie obcego człowieka zatrzymuje nas na chwilę. Wyrywa z tego naszego codziennego biegu i mówi:

Hello.

Nie jesteś niezniszczalny.

Życie naprawdę jest kruche.

Więc dbaj o siebie. Badaj się. Nie ignoruj tego, co mówi Ci własne ciało.

Ale przede wszystkim  żyj.

Nie kiedyś

Nie jak dzieci dorosną.

Nie jak będzie więcej pieniędzy.

Nie jak schudnę.

Nie jak zmienię pracę.

Nie jak wreszcie będzie spokojniej.

Bo może nigdy nie będzie idealnego momentu.

Żyj dzisiaj.

Przytul człowieka, którego kochasz.

Zadzwoń, jeśli za kimś tęsknisz.

Powiedz kocham , zamiast zakładać, że przecież wie.

Idź na ten spacer.

Wypij tę kawę.

Śmiej się głośno.

Nie odkładaj całego życia na później.

Bo chyba właśnie o tym dzisiaj rozmyślam najbardziej.

Nie o śmierci.

O życiu.

A Wy?

Spotkaliście się kiedyś z glejakiem w swojej rodzinie albo wśród znajomych? Pamiętacie, jakie były pierwsze symptomy? Wiedzieliście wcześniej coś więcej o tej chorobie?

Bo ja przyznaję bez bicia wiedziałam niewiele.

I nadal mam więcej pytań niż odpowiedzi.

Screenshot

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź