Przeczytałam dziś piękny wpis kobiety, matki dziewięciorga dzieci. O lęku przed kolejną ciążą. O pytaniach, które zna chyba niejedna matka: czy damy radę? Czy wystarczy pieniędzy, czasu, miejsca, siły? Czy chcę jeszcze raz przechodzić przez trudy ciąży, pieluchy, nieprzespane noce? Czy jestem gotowa zrezygnować z części swojej wygody, pracy, planów?
Pisała o tym, że z czasem lęk ustąpił miejsca zaufaniu. Że otwarcie na kolejne życie nie zabrało jej szczęścia, ale nauczyło ją, czym to szczęście naprawdę jest. Że dzieci są darem, a człowiek czasami dopiero z perspektywy czasu dostrzega, ile dobra przyszło do jego życia drogą, której sam nigdy by nie zaplanował.
I wiecie co?
To jest piękne świadectwo.
Naprawdę.
Potrzebujemy takich świadectw. Potrzebujemy kobiet, które powiedzą innym: „Ja też się bałam. Ja też miałam wątpliwości. Nie wszystko było łatwe, ale zaufałam i dzisiaj widzę w tym życiu dar”.
Tylko że czytając ten wpis, poczułam, że coś we mnie pęka.
Bo ja też mówię:
Jestem pro-life.
I zadałam sobie bardzo niewygodne pytanie:
Jola, a co ty właściwie zrobiłaś w swoim życiu, żeby móc powiedzieć, że naprawdę jesteś pro-life?
I zabolała mnie odpowiedź.
Niewiele.
Zdecydowanie za mało.
Mieszkam w New York .
Gdyby dzisiaj stanęła przede mną kobieta z dziećmi i powiedziała:
„Boję się wrócić do domu. Nie mam pieniędzy. Nie mam rodziny. Nie mam gdzie spać. Pomóż mi”.
Czy potrafiłabym natychmiast podać jej konkretny adres?
Nie.
Czy znam adres miejsca, do którego może zgłosić się samotna matka z dziećmi?
Nie.
Czy wiem, gdzie w mojej okolicy znajduje się jadłodajnia dla ubogich?
Nie.
Czy znam noclegownię, do której mogłabym skierować bezdomnego człowieka, żeby tej nocy nie spał na ulicy?
Nie.
I właśnie to mną dzisiaj wstrząsnęło.
Bo bardzo łatwo powiedzieć:
„Jestem pro-life”.
Tylko co to właściwie znaczy?
Masz nakładkę PRO-LIFE na zdjęciu profilowym?
Dobrze.
A znasz adres domu dla samotnej matki w mieście, w którym mieszkasz?
Interesowałeś się tym kiedyś?
Pytałeś?
Szukałeś?
Wiesz, gdzie kobieta uciekająca z dziećmi przed przemocą może znaleźć bezpieczne schronienie?
Wiesz, gdzie w twoim mieście jest jadłodajnia dla ubogich?
Wiesz, gdzie jest noclegownia?
Wiesz, gdzie człowiek bez pieniędzy może dostać jedzenie, ubrania albo podstawową pomoc?
Byłeś tam kiedyś?
Pomagałeś?
Dałeś swój czas?
Swoje pieniądze?
Swoje ręce?
Bo ja muszę sobie dzisiaj uczciwie odpowiedzieć:
Nie zrobiłam wystarczająco dużo.
I dlatego miarka się przebrała.
Pękłam.
Mam dość cukierkowych wpisów o pro-life.
Mam dość lukrowanych zdjęć, serduszek, nakładek na zdjęcia profilowe i pięknych zdań o wybieraniu życia, jeśli na tych pięknych zdaniach wszystko się kończy.
Nie dlatego, że piękne świadectwa są złe.
Nie są.
Potrzebujemy nadziei. Potrzebujemy świadectw szczęśliwych rodzin. Potrzebujemy ludzi mówiących, że dziecko może być darem, nawet jeśli najpierw pojawił się strach.
Ale potrzebujemy również konkretu.
Bo nie każda kobieta czyta taki piękny wpis, siedząc w bezpiecznym domu przy kawie.
Jedna czyta go i zastanawia się, za co jutro kupi dzieciom jedzenie.
Druga boi się człowieka, który śpi obok niej.
Trzecia nie ma rodziny.
Czwarta nie ma pracy.
Piąta nie ma gdzie mieszkać.
A szósta słyszy:
„To odejdź od niego”.
Dokąd?
Podaj jej adres.
Nie ocenę.
Nie kazanie.
Nie serduszko.
Adres.
Powiedz:
„Tutaj pojedziesz. Tutaj cię przyjmą. Tutaj dostaniesz jedzenie. Tutaj możesz przenocować z dziećmi. Tutaj otrzymasz pomoc. A jeśli się boisz, pojadę z tobą”.
I właśnie dzisiaj usłyszałam w wiadomościach Radia ZET historię, która chyba ostatecznie przelała we mnie czarę.
W Błoniu pod Warszawą przed bramą klasztoru pozostawiono nowo narodzonego chłopca. Nie w Oknie Życia w tym miejscu takiego okna nie było. Ktoś zostawił dziecko przed bramą, zadzwonił i odszedł. Chłopiec trafił pod opiekę medyczną.
I od tamtej chwili nie daje mi spokoju jedno pytanie:
Dlaczego właśnie tam?
Nie znam historii osoby, która zostawiła tego chłopca. Nie wiem, co przeżywała, co nią kierowało ani dlaczego podjęła właśnie taką decyzję.
I nie chcę jej osądzać.
Ale może ta historia powinna zmusić nas do zadania sobie innego pytania:
Czy człowiek znajdujący się w skrajnym kryzysie w ogóle wie, gdzie ma szukać pomocy?
Czy w naszych miastach naprawdę widać takie miejsca?
Gdzie są wielkie banery:
„Jesteś w ciąży i nie dajesz rady? Zadzwoń tutaj”.
Gdzie są ulotki:
„Uciekasz z dziećmi przed przemocą? Tutaj znajdziesz bezpieczne miejsce”.
Gdzie są informacje w parafiach, przychodniach, szkołach, sklepach, na przystankach?
Gdzie są numery telefonów i adresy, które człowiek w rozpaczy zobaczy, zanim wydarzy się dramat?
Bo hasło PRO-LIFE potrafimy napisać wielkimi literami.
Potrafimy powiedzieć:
„Wybierz życie”.
Tylko czy równie wielkimi literami pokazujemy człowiekowi, co ma zrobić pięć minut później, kiedy odpowie:
„Dobrze. Wybieram życie. Ale nie mam pojęcia, jak mam sobie z nim poradzić. Pomożesz mi?”
I może właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy egzamin z naszych deklaracji.
Bo pro-life nie kończy się na porodzie.
Dziecko jest życiem.
Ale jego matka też jest życiem.
Kobieta uciekająca przed przemocą jest życiem.
Bezdomny człowiek jest życiem.
Głodny człowiek jest życiem.
Samotny senior jest życiem.
Rodzina, której brakuje na czynsz i jedzenie, jest życiem.
Człowiek uzależniony, pogubiony, zaniedbany, odrzucony również jest życiem.
I kiedy pisałam ten tekst, przypomniałam sobie o pewnej starej kartce, która od kilku dobrych lat wisi u mnie.
Jest pożółkła, poplamiona, daleko jej do pięknej grafiki na Facebooka.
Jest na niej adres i numer telefonu do miejsca, w którym osoby z problemem narkotykowym mogą szukać bezpłatnej pomocy.
Przez te lata podałam ten kontakt wielu osobom.
I patrząc dzisiaj na tę starą kartkę, pomyślałam:
Przecież właśnie o to mi chodzi.
O informację.
O konkret.
O zwykły kawałek papieru, który dla mnie jest tylko kartką wiszącą od lat, a dla kogoś w kryzysie może stać się pierwszym krokiem do ratowania życia.
I pomyślałam:
Dlaczego nie mam takich kartek więcej?
Dlaczego nie znam adresu domu dla samotnej matki?
Dlaczego nie mam zapisanego numeru do miejsca, które przyjmie kobietę uciekającą z dziećmi przed przemocą?
Dlaczego nie wiem, gdzie jest najbliższa jadłodajnia?
Gdzie bezdomny może dostać ciepły posiłek?
Gdzie może przenocować?
Gdzie kobieta w ciąży, która jest przerażona i nie widzi wyjścia, może usłyszeć:
„Przyjdź. Pomożemy ci”.
Może czasami do uratowania czyjegoś życia nie potrzeba wielkich słów.
Może potrzeba właśnie takiej kartki.
Adresu.
Numeru telefonu.
I człowieka, który zamiast powiedzieć:
„Musisz sobie poradzić”,
powie:
„Masz. Zadzwoń tutaj. Oni pomagają. A jeśli się boisz, pomogę ci zrobić pierwszy krok”.
I dlatego nie piszę tego wszystkiego z piedestału.
Sama właśnie z niego zeszłam.
To jest mój rachunek sumienia.
Bo jeśli mówię, że jestem wierząca, muszę zapytać siebie, co robię z tą wiarą.
Wiara bez uczynków jest martwa.
Może więc zamiast kolejnej nakładki „Jestem pro-life” powinnam najpierw mieć w telefonie adresy miejsc, do których mogę skierować potrzebującego człowieka.
Może powinnam wiedzieć, gdzie nakarmią głodnego.
Gdzie przenocują bezdomnego.
Gdzie przyjmą matkę z dziećmi.
Gdzie pomogą kobiecie uciekającej przed przemocą.
A może powinnam zrobić jeszcze więcej.
Pójść tam.
Zapukać.
I zapytać:
„W czym mogę pomóc?”
Bo nie chcę, żeby moje pro-life kosztowało mnie zero.
Nie chcę tylko mówić.
Chcę robić.
Dlatego mam ogromną prośbę.
Jeśli jesteś z New Yorku i znasz takie miejsca podziel się nimi.
Podaj nazwę, adres, telefon.
Jeśli pomagasz gdzieś jako wolontariusz napisz gdzie.
Jeśli znasz jadłodajnię, noclegownię, schronienie dla kobiet z dziećmi, organizację pomagającą rodzinom, osobom uzależnionym, bezdomnym albo miejsce, które zwyczajnie potrzebuje dodatkowych rąk do pracy napisz.
A jeśli mieszkasz gdzie indziej, zadaj sobie dzisiaj dokładnie to samo pytanie:
Czy wiem, gdzie w moim mieście człowiek może dostać pomoc?
I jeszcze jedno.
Chcę poznać Wasze zdanie.
Jak odbieracie te wszystkie piękne, czasami wręcz cukierkowe wpisy o pro-life, które mówią wiele o wartości życia, ale niewiele albo nic o tym, jak pomóc człowiekowi, kiedy już wybierze życie i zostanie ze swoim strachem, biedą, przemocą, samotnością i rachunkami?
Może patrzę na to zbyt ostro.
Ale dzisiaj naprawdę pękłam.
Bo nie chcę już tylko powiedzieć człowiekowi:
„Wybierz życie”.
Chcę umieć powiedzieć:
„Wybierz życie. A kiedy będzie ci ciężko, daj mi rękę. Wiem, gdzie możemy pójść. Pójdę z tobą. Nie zostawię cię samej”.
Bo dla mnie właśnie tym powinno być pro-life.
Nie napisem.
Nie nakładką.
Nie pięknym postem.
Nie deklaracją.
Tylko życiem, które pochyla się nad drugim życiem.
Bo jeśli prosimy człowieka, żeby wybrał życie, miejmy również odwagę pomóc mu to życie unieść.

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.