Dzisiaj pierwszy września.

W Polsce dzieci ruszają do szkoły. I kiedy patrzę na zdjęcia znajomych, od razu rzuca mi się w oczy coś, czego tutaj, w Stanach, bardzo mi brakuje.

Ta odświętność.

Białe bluzki. Granatowe albo czarne spódniczki. Eleganckie spodnie. Koszule. Czasem marynarka. Włosy uczesane trochę staranniej niż zwykle.

Jakby samym strojem dzieci mówiły:

Dzisiaj zaczyna się coś ważnego.

I wiecie co?

Ja to bardzo lubię.

U nas w New York dzieci w szkołach publicznych zaczynają w tym roku 10 września. W innych częściach Stanów rok szkolny już się rozpoczął, bo tutaj terminy są różne w zależności od miejsca.

Moje dzieci ruszają dziesiątego.

I ja już się cieszę!

Tak, należę chyba do tych matek, które pod koniec wakacji nie rozpaczają:

Ojej, już szkoła…

Ja jestem raczej z tych:

Alleluja! Wracamy do normalności! 

Ale dzisiejszy pierwszy września przypomniał mi historię sprzed wielu lat.

Kiedy moja najstarsza córka Ola zaczynała tutaj szkołę, byłam jeszcze kompletnie zielona, jeśli chodzi o amerykański system.

Ale jedno wiedziałam.

Pierwszy dzień szkoły to pierwszy dzień szkoły.

A skoro pierwszy dzień, to dziecko trzeba odpowiednio przygotować.

Biała bluzeczka.

Granatowa sukieneczka.

Granatowe pantofelki.

Włosy zrobione.

Patrzę na nią rano i myślę:

No. Pięknie. Możemy iść.

Pierwszy dzień szkoły. Elegancja musi być!

Przychodzimy pod szkołę.

Rozglądam się.

Jedno dziecko w T-shircie.

Drugie w krótkich spodenkach.

Trzecie wygląda, jakby właśnie przyszło z placu zabaw.

Czwarte zupełnie zwyczajnie.

A pośrodku tego wszystkiego stoi moja Ola.

Biała bluzeczka.

Granatowa sukieneczka.

Granatowe pantofelki.

Gotowa co najmniej na akademię z okazji rozpoczęcia roku szkolnego.

Tylko akademii brak. 😂

Chyba jako jedyna była ubrana tak odświętnie.

Później moje polskie koleżanki śmiały się ze mnie:

– Jola, Ty przypadkiem krajów nie pomyliłaś? Tutaj nikt tak dzieci do szkoły nie ubiera!

No skąd ja miałam wiedzieć?!

Nie miałam wtedy nikogo, kto zrobiłby mi szybkie szkolenie pod tytułem:

Amerykańska szkoła dla początkującej polskiej matki😂

Dla mnie pierwszy dzień szkoły oznaczał białą bluzkę i granatowy dół.

Koniec. Kropka.

Tak zostałam wychowana i taki obraz rozpoczęcia roku szkolnego miałam w głowie.

Minęło wiele lat.

Do amerykańskiej szkoły zdążyłam się przyzwyczaić.

Do luzu też.

Ale powiem Wam, że tej polskiej odświętności nadal trochę mi brakuje.

Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby dzieci codziennie chodziły do szkoły pod krawatem.

Nie.

Niech będzie wygodnie. Niech mają swój styl. Niech wyrażają siebie. Tutaj po prostu podchodzi się do tego inaczej i po tylu latach doskonale to rozumiem.

Ale pierwszy dzień?

No kurczę…

Pierwszy dzień mógłby być pierwszy.

Trochę inny.

Trochę bardziej uroczysty.

Nie dlatego, że elegancko ubrany uczeń bardziej szanuje szkołę od tego w T-shircie.

Absolutnie nie.

Po prostu dla mnie odświętny strój zawsze był sposobem powiedzenia:

Ten dzień jest dla mnie ważny.

Tak samo ubieramy się inaczej na ślub, chrzciny, ważną uroczystość czy święta.

Nie dlatego, że ubranie decyduje o wartości wydarzenia.

Tylko dlatego, że czasami właśnie strojem podkreślamy, że dzieje się coś szczególnego.

I chyba dlatego tak lubię ten polski obraz pierwszego września.

Jest jednak jedna rzecz, do której po tylu latach w Ameryce nadal nie mogę się przyzwyczaić.

Spodnie od piżamy w szkole.

Ja wiem.

Wiem!

Wygodnie.

Mięciutko.

Cieplutko.

Człowiek wstaje rano i oszczędza nawet czas na przebieranie.

Genialne. 

Ale kiedy widzę młodzież paradującą po szkolnych korytarzach w spodniach od piżamy, moja wewnętrzna polska matka dostaje lekkiego drżenia powieki.

Patrzę i mam ochotę zapytać:

Dziecko kochane, Ty już przyszedłeś do szkoły czy jeszcze nie wyszedłeś z łóżka? 

I wiem, że świat się zmienia.

Młodzi ludzie patrzą na ubrania zupełnie inaczej niż moje pokolenie.

Nie uważam też, że kogokolwiek powinno się oceniać po tym, co ma na sobie.

Ale nie będę udawała.

Piżama na szkolnym korytarzu nadal razi mnie w oczy.

Może jestem staroświecka.

Trudno.

Przeżyję. 

Za to sama szkoła?

Ja ją naprawdę lubię.

Moje dzieci też lubią szkołę.

I chyba najbardziej lubimy rutynę, która razem z nią wraca.

Rano pobudka.

Śniadanie.

Ubieranie.

Plecaki.

Każdy ma swoje obowiązki.

Każdy gdzieś zmierza.

Wracają zajęcia, nauka, plan dnia.

Łóżko rano jest pościelone i co dla matki pod koniec wakacji ma znaczenie niemal duchowe nikt nie wyleguje się w nim pół dnia, zastanawiając się, co właściwie zrobić ze swoim życiem. 

Wakacje są cudowne.

Naprawdę.

Lubię ten luz, wyjazdy, późniejsze wieczory, brak gonitwy od rana.

Ale przychodzi taki moment, kiedy zaczynam tęsknić za normalnym rytmem.

Za tym, że poniedziałek jest poniedziałkiem.

Rano się wstaje.

Jest szkoła.

Są obowiązki.

Jest czas na odpoczynek.

I dzień znowu ma swoje ramy.

Dlatego 10 września ruszamy!

Nowy rok szkolny.

Nowe zeszyty.

Nowe plany.

Nowe historie.

Nowe poranki, podczas których ktoś na pewno będzie szukał buta, ktoś zapomni czegoś z pokoju, a ktoś przypomni sobie przy samych drzwiach, że właśnie dzisiaj miał coś przynieść do szkoły.

Czyli wraca normalne rodzinne życie. 

I zapewne żadnej białej bluzki.

Pogodziłam się już z Ameryką.

A dzisiaj patrzę na polskie dzieci idące na rozpoczęcie roku i trochę mi się robi sentymentalnie.

Bo chyba nie chodzi nawet o same białe bluzki, granatowe sukienki czy eleganckie spodnie.

Chodzi o ten mały rytuał.

O moment, który mówił:

Wakacje się skończyły. Zaczynamy coś nowego.

Może to zwyczajnie nostalgia.

Może po tylu latach w Ameryce pewne rzeczy nadal mam w sobie bardzo polskie.

I chyba już tak zostanie. ❤️

A Wy?

Pamiętacie swoje rozpoczęcia roku szkolnego?

Biała bluzka, galowy strój i uroczyste rozpoczęcie czy wolelibyście amerykański luz?

I rodzice, przyznawać się…

cieszycie się, że szkoła wraca, czy najchętniej przedłużylibyście wakacje jeszcze o miesiąc? 

Screenshot

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź