— Podam ci przepis na ciasto. Najlepszy!
— Kup te witaminy. Najlepsze. Lekarz mi polecił, nie ma lepszych.
— Zobacz moją pralkę. Najlepsza! Twoja też dobra, ale moja… wiadomo.
— Kupiliśmy samochód. Najlepszy model.
— Moje dziecko chodzi do najlepszej szkoły.
— W Polsce są najlepsze szkoły, najlepszy poziom nauczania. Nie to co w USA.
— Mam najlepszego lekarza.
— Byliśmy w najlepszym hotelu.
— Jadłam w najlepszej restauracji.
— Musisz kupić ten krem. Najlepszy!
I tak czasami tego słucham i myślę sobie:
A co się właściwie stało ze słowem „dobry”?
Poważnie pytam.
Bo ja bardzo lubię słowo „dobry”.
Mam dobry samochód.
Znam dobrego lekarza.
Moje dziecko ma dobrą nauczycielkę.
Kupiłam dobrą pralkę.
Znam świetny przepis na ciasto.
Biorę witaminy, które u mnie dobrze się sprawdzają.
Byłam na fajnej wycieczce.
Spałam w dobrym hotelu.
Jadłam w świetnej restauracji.
I wcale nie czuję, że przez to te rzeczy stają się gorsze.
Sama oczywiście używam słowa najlepszy
Żeby nie było, że właśnie ustawiam się ponad całym światem i wygłaszam kazanie o skromności językowej.
Jak zjem coś, co naprawdę rzuci mnie na kolana, też powiem:
— Matko jedyna, najlepsze, jakie jadłam!
Jak przeżyję cudowny dzień, mogę powiedzieć, że był najlepszy. Jak coś mnie zachwyci, też użyję tego słowa.
Nie mam więc żadnej wojny ze słowem najlepszy
Zaczęło mnie tylko zastanawiać, dlaczego tak często używamy go do wszystkiego, co sami wybraliśmy, kupiliśmy, lubimy albo komuś polecamy.
Bo jest jednak różnica między:
— Dla mnie to najlepszy krem, jaki dotąd miałam.
a:
— To jest najlepszy krem. Kup go. Nie ma lepszego.
Niby niewielka.
A jednak ogromna.
W pierwszym zdaniu opowiadam ci o swoim doświadczeniu.
W drugim właściwie ogłaszam ci prawdę o świecie.
I chyba właśnie tutaj dochodzę do tego, co w tym całym „najlepsze” przeszkadza mi najbardziej.
Nie samo słowo.
Kropka, którą ono potrafi postawić w rozmowie.
Bo ja chcę rozmawiać z ludźmi.
Chcę posłuchać, co ktoś myśli. Chcę poznać jego doświadczenie. Chcę usłyszeć argumenty. Sama też chcę móc opowiedzieć o swoich.
Mogę się z tobą zgodzić.
Mogę się kompletnie nie zgodzić.
Możemy nawet trochę się pospierać, bo dobra dyskusja jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Ale żeby rozmawiać, musimy zostawić sobie nawzajem trochę miejsca.
Wyobraźcie sobie zwyczajną rozmowę.
Mówię:
— Moje dziecko chodzi do dobrej szkoły. Jestem z niej zadowolona.
I właściwie otworzyłam drzwi.
Możesz zapytać:
— A co ci się w niej podoba?
Mogę opowiedzieć o nauczycielach, programie, podejściu do dzieci.
Ty możesz powiedzieć:
— Wiesz co, ja mam inne doświadczenie.
I zaczyna się rozmowa.
Ty masz swoje argumenty. Ja swoje. Ty opowiadasz o swoim doświadczeniu, ja o swoim.
Może się zgodzimy.
Może nie.
Może każde zostanie przy swoim.
A może jedno z nas nagle powie:
— Kurczę, nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób.
I właśnie po to, moim zdaniem, ludzie ze sobą rozmawiają.
A teraz druga wersja:
— W Polsce są najlepsze szkoły i najlepszy poziom nauczania. Nie to co w USA.
I co ja mam z tym zrobić?
Naprawdę pytam.
Co mam odpowiedzieć?
Aha
Bo skoro coś zostało już ogłoszone najlepszym, to gdzie jest miejsce na moje doświadczenie? Na moje argumenty? Na moje:
— A ja widzę to trochę inaczej.
Co właściwie może przebić „najlepsze”?
Najlepsiejsze? 😂
Nie ma następnego stopnia.
Dotarliśmy na szczyt. Koniec wycieczki.
I właśnie tego nie lubię.
Nie tego, że ktoś ma inne zdanie niż ja.
Wręcz przeciwnie.
Ja chcę usłyszeć inne zdanie.
Powiedz mi:
— Uważam, że polskie szkoły mają wysoki poziom, bo…
O! I teraz rozmawiamy.
Powiedz dlaczego.
Daj mi przykłady.
Opowiedz o swoim doświadczeniu.
Ja opowiem o swoim.
Możesz powiedzieć:
— Moje dzieci chodziły do szkoły w Polsce i uważam, że wymagano od nich więcej.
A ja mogę odpowiedzieć:
— Moje doświadczenie w USA jest inne. Tutaj z kolei bardzo cenię to i to.
I już mamy rozmowę.
Możemy porównywać, pytać, przedstawiać argumenty, nie zgadzać się ze sobą, a nawet trochę się pospierać byle z sensem.
Ale jeśli zaczynasz od:
— W Polsce jest najlepiej.
to właściwie nie zapraszasz mnie do rozmowy.
Ty mnie informujesz, jaki jest wynik.
A rozmowa przecież nie polega na tym, że jedna osoba przynosi gotowy werdykt, a druga ma go grzecznie przyjąć.
Dla mnie dobra rozmowa potrzebuje ciekawości drugiego człowieka.
Dlaczego tak myślisz?
Jakie masz doświadczenie?
Co sprawiło, że doszedłeś do takiego wniosku?
A może przeżyliśmy podobną rzecz zupełnie inaczej?
Bo nawet z tymi szkołami co właściwie oznacza „najlepsza”?
Najwyższy poziom?
Najwięcej nauki?
Najlepsze wyniki?
Najtrudniejszy program?
A może dla konkretnego dziecka najlepsza jest szkoła, do której rano idzie bez bólu brzucha, ma nauczyciela, który je widzi, kolegów, przy których może być sobą, i wraca do domu szczęśliwe?
To która jest najlepsza?
I dla kogo?
Tak samo jest z samochodem.
Jeśli powiesz:
— Kupiłam dobry samochód. Jestem bardzo zadowolona.
Mogę zapytać:
— A co w nim lubisz?
Może opowiesz mi o bezpieczeństwie, wygodzie czy spalaniu. Ja opowiem, czym jeżdżę i dlaczego wybrałam akurat taki samochód.
I mamy rozmowę.
Ale:
— Kupiłam najlepszy samochód. Nie ma lepszego.
No dobrze.
To szerokiej drogi. 😂
Bo co ja mam teraz wnieść?
Powiedzieć, że mój też jest najlepszy?
I będziemy się przerzucać „najlepszością”, aż ktoś wyciągnie dowód rejestracyjny? 😂
A przecież najlepszy samochód dla jednej osoby może być kompletnie niepraktyczny dla drugiej.
Jedna rodzina potrzebuje wielkiego SUV-a, bo ma dzieci, psa i podczas każdego wyjazdu pakuje się tak, jakby właśnie przeprowadzała się do innego stanu.
Ktoś inny mieszka w mieście i chce mały samochód, którym da się zaparkować bez wcześniejszego odmówienia różańca.
I który jest najlepszy?
Może żaden.
Może każdy ma po prostu samochód dobry dla swojego życia.
Podobnie z witaminami.
Nie mów mi:
— Kup te. Są najlepsze.
Powiedz:
— Ja biorę te. Dobrze się u mnie sprawdzają, lekarz mi je polecił. Jeśli chcesz, podam ci nazwę.
O!
I teraz mnie zainteresowałaś.
Mogę zapytać, dlaczego je polecasz. Mogę powiedzieć, czego sama używam. Możemy wymienić się doświadczeniami.
I nawet jeśli na końcu każda z nas zostanie przy swoim, odbyłyśmy rozmowę, a nie prezentację jedynego słusznego wyboru.
To samo z lekarzem.
— Dam ci namiary. Najlepszy lekarz!
Może dla ciebie.
I bardzo dobrze.
Ale ja mogę potrzebować lekarza, który nie tylko jest świetnym specjalistą, ale również ze mną rozmawia, tłumaczy, słucha i przy którym czuję się dobrze.
Ktoś inny powie:
— Mnie rozmowa nie interesuje. Ma być świetnym fachowcem.
I też ma prawo.
Bo „najlepszy” bardzo często wcale nie oznacza tego samego dla każdego człowieka.
I jeszcze podróże.
Tutaj dopiero słowo „najlepsze” potrafi się rozgościć. 😂
— Byłam na najlepszej wycieczce!
— Spaliśmy w najlepszym hotelu!
— Jedliśmy w najlepszej restauracji!
— To była najlepsza plaża!
— Najlepsze miejsce na świecie!
— A zdjęcia? Matko jedyna, najlepsze! 😂
I potem bach.
Zdjęcia do telefonu, na Facebooka, Instagram, gdzie się da.
Hotel.
Basen.
Śniadanie.
Kolacja.
Widok z balkonu.
Nogi na leżaku.
Drink.
Zachód słońca.
I żeby była jasność człowiek ma pełne prawo się tym wszystkim cieszyć i dzielić.
Sama robię zdjęcia.
Sama pokazuję miejsca, które mnie zachwycają.
Sama lubię zachować wspomnienia i podzielić się nimi z innymi.
Więc kamieniem pierwsza rzucać nie będę. 😂
Ale czasem zastanawiam się nad czymś innym.
Gdzie kończy się zwykłe:
— Patrzcie, jak pięknie! Chcę się z wami podzielić moją radością.
a zaczyna:
— Patrzcie, jak ja mam dobrze.
I czy zawsze publikujemy zdjęcie tylko dlatego, że chcemy podzielić się chwilą?
Czy czasem, choć odrobinkę, chcemy również usłyszeć:
— Ale ci zazdroszczę!
— Ale mieliście wakacje!
— Ale hotel!
— Ale życie!
I nie mówię tego złośliwie.
Sama przecież żyję w tym samym świecie.
Może każdy z nas ma w sobie trochę tej potrzeby, żeby ktoś zobaczył, docenił, pochwalił, powiedział: „Wow!”.
Tylko wtedy znowu wracam do mojego pytania.
Czy wycieczka była najlepsza dlatego, że naprawdę przeżyłam coś niezwykłego?
Czy może staje się jeszcze lepsza, kiedy inni zobaczą, gdzie byłam?
Bo przecież można pojechać na drugi koniec świata, spać w najlepszym hotelu, zjeść w najlepszej restauracji, zrobić najlepsze zdjęcia…
i wrócić z niewielką ilością wspomnień poza tymi zapisanymi w telefonie.
A można pojechać niedaleko.
Usiąść gdzieś nad wodą z kubkiem kawy.
Nie zrobić nawet jednego idealnego zdjęcia.
I po latach pamiętać zapach powietrza, rozmowę, śmiech, smak tej kawy i dokładnie to, co się wtedy czuło.
I która wycieczka była najlepsza?
No właśnie.
Może z podróżami jest dokładnie tak samo jak z całym życiem.
Nie wszystko, co wygląda najlepiej, najlepiej się przeżywa.
A czasem te całkiem zwyczajne chwile, których nawet nie zdążyliśmy sfotografować, zostają w nas najdłużej.
Co ciekawe, ten język „najlepszego” nie wziął się przecież znikąd.
Wystarczy posłuchać reklam.
Najlepszy produkt.
Najlepsza jakość.
Najlepszy wybór dla twojej rodziny.
Najlepsza formuła.
Najlepszy smak.
Numer jeden!
Kup teraz!
I człowiek po piętnastu minutach reklam zaczyna podejrzewać, że do tej pory żył kompletnie źle, bo prał w niewłaściwym proszku, mył włosy nie tym szamponem i jeszcze, nie daj Boże, pił kawę, która nie zdobyła pierwszego miejsca w żadnym rankingu. 😂
Reklama musi przekonać.
Rozumiem.
Taka jest jej rola.
Tylko mam czasem wrażenie, że trochę przejęliśmy język reklamy do zwyczajnego życia.
Jakbyśmy zaczęli reklamować własne wybory.
Najlepszy samochód.
Najlepsza szkoła.
Najlepsze wakacje.
Najlepszy hotel.
Najlepszy lekarz.
Najlepszy sposób wychowywania dzieci.
Najlepsze życie.
A życie przecież nie jest reklamą.
I ludzie nie są klientami, których trzeba przekonać do naszych wyborów.
Można powiedzieć:
— Mam dobry samochód i bardzo go lubię.
A ktoś może odpowiedzieć:
— Ja bym takiego nie kupił.
I świat się nie kończy.
Samochód nadal odpala. 😂
Można powiedzieć:
— Jestem zadowolona ze szkoły mojego dziecka.
A ktoś odpowie:
— U nas się nie sprawdziła.
I obie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie.
Można powiedzieć:
— Uwielbiam ten hotel.
A ktoś inny odpowie:
— Byłam i nigdy więcej.
I naprawdę nie trzeba natychmiast udowadniać mu, że najwyraźniej nie zna się na hotelach. 😂
I chyba to jest właśnie jedna z trudniejszych rzeczy w rozmowie z drugim człowiekiem.
Przyjąć, że ktoś może mieć zupełnie inne doświadczenie i wcale nie oznacza to, że jedno z nas musi się mylić.
Czasami „najlepsze” zaczyna mnie uwierać właśnie wtedy, kiedy gdzieś pomiędzy słowami pojawia się:
„lepsze od twojego”.
— Ty masz taki samochód? My mamy lepszy.
— Twoje dziecko chodzi do tej szkoły? Nasze chodzi do najlepszej.
— Bierzesz te witaminy? Ja mam lepsze.
— Byliście tam na wakacjach? My byliśmy w lepszym miejscu.
I wtedy już nie rozmawiamy o samochodzie, szkole, witaminach czy podróżach.
Zaczynamy się porównywać.
A ja coraz mniej mam ochotę na takie rozmowy.
Nie dlatego, że nie mam własnego zdania.
Mam.
Oj, mam. 😂
Ale chcę również usłyszeć twoje.
Bo może masz rację.
Może ja mam rację.
Może oboje mamy po kawałku racji.
A może po rozmowie jedno z nas zmieni zdanie.
I to też jest w porządku.
Nie potrzebuję, żeby ktoś potwierdził, że moja pralka, samochód, szkoła, lekarz, wakacje czy przepis są najlepsze.
Dużo bardziej interesuje mnie:
— A co ty o tym myślisz?
Bo może wiesz coś, czego ja nie wiem.
Może masz inne doświadczenie.
Może pokażesz mi drugą stronę czegoś, na co ja patrzę tylko ze swojej perspektywy.
I właśnie dlatego coraz częściej wolę powiedzieć:
— Mam dobre.
A nie:
— Mam najlepsze.
Nie dlatego, że nie jestem zadowolona.
Wręcz przeciwnie.
Tylko dlatego, że zostawiam przy stole krzesło dla twojego zdania.
Bardzo lubię tę myśl.
Zostawić przy stole krzesło dla drugiego człowieka.
Dla jego doświadczenia.
Dla argumentów.
Dla innego spojrzenia.
Nawet dla sprzeciwu.
Bo dobra rozmowa nie musi się przecież kończyć zgodą.
Może skończyć się zdaniem:
— Nadal się z tobą nie zgadzam, ale teraz rozumiem, dlaczego tak myślisz.
I to już jest bardzo dużo.
Może właśnie dlatego słowo „dobry” wcale nie wydaje mi się słabsze.
Wręcz przeciwnie.
Coraz bardziej je lubię.
Dobry samochód.
Dobra szkoła.
Dobry lekarz.
Dobry produkt.
Dobry przepis.
Dobry człowiek.
Dobry przyjaciel.
Dobry dom.
Dobre małżeństwo.
Dobra podróż.
Dobry dzień.
Dobre życie.
Przecież to są ogromne rzeczy.
Dobre naprawdę nie jest nagrodą pocieszenia.
Może nie musimy mieć wszystkiego najlepszego.
Może wystarczy umieć zobaczyć, że mamy dobrze.
Bez porównywania.
Bez przekonywania innych.
Bez potrzeby udowadniania, że skoro ja coś wybrałam, to ty powinnaś wybrać dokładnie to samo.
Bo jeśli wszystko, co masz, robisz, kupujesz i wybierasz, jest najlepsze, to właściwie o czym mamy rozmawiać?
Mogę już tylko przytaknąć.
A ja zdecydowanie bardziej wolę z człowiekiem porozmawiać niż mu potakiwać.
Chcę usłyszeć:
— A u mnie było inaczej.
— A ja mam inne doświadczenie.
— A mnie to nie służyło.
— A moje dziecko odnalazło się gdzie indziej.
— A ja wybrałam inaczej i też jestem zadowolona.
Bo właśnie po tym „a u mnie…” zaczynają się najciekawsze rozmowy.
I nagle okazuje się, że świat nie ma jednej najlepszej odpowiedzi.
Ma za to mnóstwo ludzi, doświadczeń, historii i punktów widzenia.
I chyba właśnie ich wolę słuchać.
Dlatego zamiast powiedzieć:
— To jest najlepsze i koniec.
wolę powiedzieć:
— U mnie jest dobre. Mnie się sprawdziło. A teraz opowiedz mi, jak jest u ciebie.
Bo wtedy dopiero zaczyna się rozmowa.
A Wy jak reagujecie na wszechobecne „najlepsze”?
Spotykacie ludzi, którzy wszystko, co mają, kupują, robią, przeżywają albo polecają, określają właśnie w ten sposób?
Odbieracie to jako zwykły entuzjazm, czy czasem również macie wrażenie, że takie „najlepsze” stawia kropkę, zanim rozmowa zdąży się rozpocząć?
I najważniejsze jak rozmawiacie z człowiekiem, który już na początku oznajmia, że jego wybór jest najlepszy?
Bo co właściwie może przebić najlepsze?
Najlepsiejsze? 😂

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.