Czy byliście kiedyś w miejscu, które internet okrzyknął absolutnym hitem?

Takim, o którym wszyscy piszą:

„Musisz tam pojechać!”

„Najlepsza atrakcja na Manhattanie!”

„Będziecie zachwyceni!”

Ja właśnie z takiego wróciłam.

Od dawna przewijało mi się w mediach społecznościowych Museum of Ice Cream. Same zachwyty. Kolorowe zdjęcia. Tłumy ludzi. Uśmiechnięte dzieci.

A że Tymek już od dłuższego czasu powtarzał:

– Mamo, pojedziemy kiedyś do muzeum lodów?

No to pojechaliśmy.

Zwłaszcza że nasze ulubione Museum of Science w Queens jest w poniedziałki zamknięte. Pomyślałam więc: Dobrze… niech będzie. Jedziemy.

Bilety?

Tylko online.

$52  od osoby.

Przyznam szczerze…

Trochę mnie zabolało.

Wiecie,  raczej nie wydaję pieniędzy na takie atrakcje. Zawsze wolę miejsca, z których wychodzi się bogatszym o wiedzę, nowe doświadczenia albo inspirację.

Ale czego nie robi się dla dziecka?

No czego?

Wszystko.

Już na wejściu dostaliśmy pierwsze lody.

Potem kolejne.

I jeszcze kolejne.

Pod tym względem nie mogę nic zarzucić – lodów było naprawdę sporo i można było spróbować różnych smaków.

Później zaczęła się podróż przez kolejne sale.

Róż.

Jeszcze więcej różu.

I jeszcze więcej różu.

Po kilku minutach miałam wrażenie, że nawet moje myśli zrobiły się różowe.

Była różowa kuchnia.

Różowe metro.

Krzywe lustra.

Plastikowe banany zwisające z sufitu.

Basen z różowymi piłeczkami.

Ogromny basen z plastikową posypką.

Zjeżdżalnia.

I właśnie ona była chyba najlepszą atrakcją całego muzeum.

Śmialiśmy się z Tymkiem jak dzieci.

A właściwie…

Ja chyba bardziej niż on.

Patrzyłam na jego śmiech i pomyślałam sobie, że dla takich chwil czasem warto zrobić coś tylko dlatego, że dziecko o tym marzy.

Ale…

Jako dorosły wyszłam stamtąd z pewnym niedosytem.

Bo skoro to muzeum lodów…

to liczyłam na historię.

Na ciekawostki.

Na pokaz, jak kiedyś robiono lody.

Jak zmieniały się maszyny.

Kto stworzył pierwsze lody.

Jak wygląda ich produkcja.

Jak powstają nowe smaki.

Może możliwość własnoręcznego przygotowania porcji lodów.

Cokolwiek, co sprawiłoby, że oprócz zdjęć wyniosłabym stamtąd również jakąś wiedzę.

A dostałam przede wszystkim mnóstwo plastiku, różowych dekoracji i miejsc stworzonych do robienia zdjęć.

To bardziej przestrzeń do zabawy i Instagrama niż muzeum w takim znaczeniu, jakie ja najbardziej lubię.

Czy Tymkowi się podobało?

Oczywiście.

Śmiał się.

Biegał.

Zjeżdżał.

Próbował lodów.

I właśnie jego radość była dla mnie najcenniejsza.

Czy wróciłabym tam drugi raz?

Nie.

Nie dlatego, że było źle.

Po prostu za 106 dolarów dla naszej dwójki oczekiwałam czegoś znacznie więcej.

Wiecie, czego nauczyła mnie ta wycieczka?

Że nie każda atrakcja, którą zachwyca się cały internet, zachwyci również mnie. I to jest w porządku.

Coraz bardziej przekonuję się, że nie szukam miejsc, które dobrze wyglądają na zdjęciach. Szukam takich, z których wraca się bogatszym o wiedzę, wspomnienia, inspirację albo zwykłą radość bycia razem.

Bo ostatecznie to nie różowe ściany były dziś najpiękniejsze.

Najpiękniejszy był śmiech mojego syna.

I właśnie jego zabrałam ze sobą do domu.

Gdybym miała ocenić to miejsce, powiedziałabym tak:

Dla mnie – 2/10.

Dla sześciolatka? Myślę, że spokojnie 6/10

I chyba właśnie o to chodzi.

Nie wszystko musi zachwycać każdego w taki sam sposób.

A Wy?

Byliście kiedyś w miejscu, które wszyscy polecali, a Wy wyszliście z niego trochę rozczarowani?

A może znacie w New York  lub okolicach takie atrakcje dla dzieci, które naprawdę Was zachwyciły i do których warto wracać? Chętnie dopiszę je do naszej rodzinnej listy miejsc do odkrycia.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź