Chcę się z Wami podzielić zdjęciami zrobionymi z okna pociągu i z mojego balkonu.

Zobaczcie, jak wygląda New York od dwóch dni.

To nie mgła.

To nie zwykłe zachmurzenie.

To dym.

Dym z płonących lasów w Kanadzie.

Jeszcze dwa dni temu nowojorskie niebo było błękitne. Dziś słońce wygląda jak mała, czerwona kropka zawieszona wysoko nad miastem. Drapacze chmur znikają za mlecznoszarą zasłoną, a powietrze pachnie tak, jakby ktoś rozpalił ogromne ognisko tuż za naszymi oknami.

Od dwóch dni, gdy wychodzę z domu, pierwszą rzeczą, którą czuję, jest zapach spalonego drewna.

Patrzę przez okno pociągu jadącego na Manhattan.

Miasto, które zwykle tętni życiem i zachwyca swoją panoramą, dziś wygląda jak kadr z filmu postapokaliptycznego. Wszystko jest przygaszone. Niebo ma żółtoszary odcień. Nawet światło słoneczne wydaje się zmęczone.

A przecież źródło tego wszystkiego znajduje się setki kilometrów stąd.

To pożary lasów w Kanadzie. Wiatr niesie dym aż do New Yorku. Od dwóch dni jakość powietrza gwałtownie się pogorszyła, a mieszkańcy są proszeni o ograniczenie przebywania na zewnątrz, szczególnie dzieci, osoby starsze oraz osoby z chorobami płuc i serca.

To niesamowite, jak natura przypomina nam, że granice istnieją tylko na mapach.

Wiatr nie zatrzymuje się na granicy państwa.

To, co wydarzyło się w kanadyjskich lasach, dziś odczuwamy  tutaj w New York .

Patrząc na to czerwone słońce przebijające się przez dym, pomyślałam, jak kruche jest nasze poczucie kontroli.

Planujemy dzień.

Planujemy tydzień.

Planujemy wakacje i kolejne lata.

A wystarczy jeden podmuch wiatru z odległego miejsca, by świat wokół nas wyglądał zupełnie inaczej.

Człowiek naprawdę niewiele znaczy wobec potęgi natury.

Możemy budować najwyższe wieżowce świata, tworzyć najnowocześniejsze technologie, a jednak, kiedy przyroda pokazuje swoją siłę, pozostaje nam jedynie patrzeć z pokorą.

Dziś New York pachnie spalonym drewnem.

Dziś słońce nie świeci ono z trudem przebija się przez dym.

Patrząc na ten niezwykły obraz, rozważam  jeszcze o czymś.

Jak często żyjemy tak, jakby wszystko zależało od nas.

A przecież wystarczy wiatr, by przypomnieć nam, że jesteśmy tylko małą częścią czegoś o wiele większego.

Patrzę na to niebo i zachwycam się jednocześnie potęgą stworzenia.

Bóg jednym tchnieniem wiatru potrafi przenieść dym setki kilometrów dalej. To, co dzieje się w odległych lasach Kanady, widzimy dziś za naszymi oknami w New Yorku .

To przypomina mi, jak wielki jest Bóg, a jak mali jesteśmy my.

Może właśnie takie chwile uczą nas pokory.

Uczą wdzięczności za każdy zwyczajny dzień, za błękitne niebo, za czyste powietrze, którego na co dzień nawet nie zauważamy.

I skłaniają do modlitwy za wszystkich, którzy walczą z żywiołem, tracą swoje domy i z narażeniem własnego życia gaszą pożary.

Bo czasem wystarczy spojrzeć w niebo, aby przypomnieć sobie, że to nie człowiek ma ostatnie słowo. Ono zawsze należy do Boga……


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź