Jest w naszym domu jedno miejsce, które moje dzieci kochają bardziej niż własne pokoje.
Lodówka.
Mam ich czwórkę i przysięgam… gdyby przyznawali medale za otwieranie lodówki, każde z nich wróciłoby z olimpiady ze złotem.
Od rana trwa nieustanna pielgrzymka.
Ciap…
Drzwi się otwierają.
Patrzenie.
Milczenie.
Ciap…
Drzwi się zamykają.
Mija może trzydzieści sekund.
Ciap…
Znowu.
– Czego szukasz? – pytam.
– Nie wiem…
I bądź tu człowieku mądry.
Mam czasem wrażenie, że liczą na jakiś spektakl. Jakby przez te trzydzieści sekund w środku miało rozmnożyć się jedzenie. Jakby działo się tam coś niezwykłego. Bo każdy z nich dosłownie wchodzi do lodówki prawie w całości.
Nic nie przestawia.
Nic nie wyciąga.
Nic nie dotyka.
Tylko stoi.
Patrzy.
I kontempluje.
Tylko… na co?
Najbardziej fascynuje mnie to, że oni doskonale wiedzą, co jest w tej lodówce.
Bo przecież sami zaglądali tam dwadzieścia sekund wcześniej.
Ale nie.
Trzeba sprawdzić jeszcze raz.
A nuż wydarzył się cud?
Może rozmnożył się chleb?
Mam nawet swoją teorię.
To nie jest zwykła lodówka.
To jest okno do innego wymiaru.
Bo normalny człowiek otwiera lodówkę, kiedy jest głodny.
Coraz częściej myślę jednak, że moje dzieci wcale nie zaglądają tam z głodu.
Ciągnie je… nadzieja.
Bo może tym razem wydarzył się cud.
Może jogurty same zmieniły miejsce.
Może na górnej półce pojawiły się jakieś smakołyki.
Może ktoś po cichu podrzucił im kebaba.
A może to jakiś instagramowy challenge, o którym matka nic nie wie? Bo naprawdę nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć. 🤔
A najgorsze jest to, że chyba naprawdę wierzą, że za trzydziestym otwarciem wynik będzie inny niż za pierwszym.
A może ich ulubiona zabawa wygląda właśnie tak?
Otwórz.
Światło.
Zamknij.
Ciemność.
Otwórz.
Światło.
Zamknij.
Ciemność.
A ja z łazienki tylko krzyczę:
– Zamknij wreszcie tę lodówkę!
Drzwi ledwo się domkną…
…a już słyszę kolejne…
Ciap…
Następny pielgrzym właśnie dotarł do celu.
– Czego tam szukasz?
– Światła.
Tak.
Naprawdę nauczyli się tak odpowiadać.
I wiecie co?
Zaczynam się zastanawiać, czy oni naprawdę zaglądają do lodówki…
…czy po prostu sprawdzają, czy żarówka nadal działa. 😂
Ręce mi opadają.
Najlepsze jest jednak po obiedzie.
Wszyscy zjedli.
Talerze sprzątnięte.
Ja kończę zmywać.
Odwracam się…
A tam już stoi jeden z nosem w lodówce.
– Dziecko… czego tam szukasz? Przecież przed chwilą jadłeś obiad!
– Eee… tak tylko patrzę, co jest.
– A co ma być?!
Przed obiadem zaglądałeś pięć razy!
To jest dokładnie ta sama lodówka!
Nie ma znaczenia, czy są głodni, najedzeni, czy za chwilę jedziemy na zakupy.
Rytuał pielgrzymki musi się odbyć.
Codziennie.
Kilkanaście razy.
A rano…
Rano na drzwiach lodówki znajduję tyle odcisków palców, że wyglądają, jakby w nocy zaatakowało ją stado małych dinozaurów.
Cztery pary rąk.
Sto odcisków.
I ani jednego winnego.
A największy hit wydarzył się w poniedziałek.
Wróciliśmy po tygodniowym wyjeździe.
Lodówka była… pusta.
Pięknie umyta przed wyjazdem.
Czyściutka.
Na półkach hulał wiatr.
I wiecie co?
To wcale nie przeszkadzało moim dzieciom.
Każde po kolei musiało odbyć swoją pielgrzymkę.
Otworzyć.
Popatrzeć.
Zamknąć.
– I co? Oświecenia dostałeś? – pytam.
– Nie…
No pewnie, że nie.
Przecież nie było nas cały tydzień.
Ale chyba naprawdę nie szukali jedzenia.
Oni przyszli sprawdzić, czy światło w lodówce też stęskniło się za nimi.
A najlepsze akcje dzieją się nocą.
W domu ciemno.
Wszyscy śpią.
Nagle zza rogu kuchni wydobywa się tajemnicza poświata.
Przez chwilę myślę, że to jakaś niebiańska łuna.
Może już trafiłam do nieba?
Przecieram oczy…
A tam stoi mały, cichutki człowiek z głową w lodówce.
Jak rasowy detektyw prowadzi nocne śledztwo.
– Czego tam szukasz?! – wrzeszczę.
Podskakuje tak wysoko, jakby złapali go na gorącym uczynku.
Z hukiem zamyka lodówkę i ucieka do pokoju, krzycząc przez ramię:
– Mleka! Ja się tylko mleka chciałem napić!
– Ja ci dam mleko po nocach! Woda też jest dobra! – odkrzykuję.
A potem słyszę od własnych dzieci, że powinnam pracować w więzieniu, bo tylko ich sztorcuję i przeganiam od tej biednej lodówki. 🫣
Coraz częściej zastanawiam się, czy ja naprawdę mam czwórkę dzieci…
…czy czterech detektywów prowadzących niekończące się śledztwo pod kryptonimem:
Operacja: Co nowego w lodówce?
Bo dochodzenie trwa codziennie.
Kilkanaście razy.
Bez względu na pogodę.
Bez względu na porę dnia.
Bez względu na to, czy lodówka jest pełna, czy świeci pustkami.
I chyba już się z tym pogodziłam.
Tylko jedno pytanie nie daje mi spokoju…
Czy u Was też dzieci prowadzą takie dochodzenie, którego nie rozwiązałby nawet najlepszy detektyw? Czy tylko moje codziennie wyruszają na pielgrzymkę w poszukiwaniu… no właśnie… czego? 😂
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.