Młody został w szpitalu.

A na mnie spadła lawina błota .

Na łeb, na szyję.

To twoja wina.

Nie pilnujesz go.

Za dobrze ci się żyje.

Zamiast siedzieć z dzieckiem, latasz po świecie.

To twoja wina, że skaleczył palec.

To twoja wina, że wdało się zakażenie.

Moja wina.

Moja wina.

Moja bardzo wielka wina.

Biję się w pierś.

I co to zmieni?

Czy zakażenie zniknie?

Czy sytuacja się odwróci?

Czy jeśli znajdziemy winnego, komukolwiek będzie lżej?

Moi rodzice zawsze muszą znaleźć winnego.

Muszą go osądzić.

Skopać.

Upodlić.

Dowalić tak mocno, żeby nie miał już siły wstać.

Nie ma miejsca na zrozumienie.

Na to, że czasem życie po prostu się wydarza.

Że są sytuacje, których nie da się przewidzieć.

Że nie na wszystko mamy wpływ.

Czasem po prostu dzieje się coś złego.

I tyle.

Można to przyjąć.

Zaopiekować się problemem.

Leczyć.

Być obok.

Ale nie.

Dla niektórych znalezienie winnego jest ważniejsze niż pomoc.

Bo wtedy można wylać swoją złość.

Powiedzieć:

„Ja dobrze się wami zajmowałam.”

„Ja się poświęciłam.”

„A wy nawet dobrymi matkami nie jesteście.”

„Nie potraficie zadbać o własne dzieci.”

A żeby bolało jeszcze bardziej:

„Dobrze, że masz dorosłe córki, bo ty to się na matkę nie nadajesz.”

„Gdyby nie one, już dawno byś zginęła.”

Wiecie…

Nie piszę tego po to, żeby obrzucać błotem moją mamę.

Ani mojego tatę.

Piszę, bo wiem, że takich rodzin jest więcej.

Że wielu z was żyje dokładnie w takich relacjach.

Mnie bardzo pomogła wspólnota.

Naprawdę.

Bo gdyby nie ona…

Nie wiem, gdzie byłabym dzisiaj.

Dzisiaj już wiem.

Moi rodzice są toksyczni.

Moja mama żyje w roli ofiary.

Nie szukam już u niej pocieszenia.

Nie oczekuję, że mnie zrozumie.

Ale nadal boli.

Boli, kiedy zamiast usłyszeć:

„Widzę, jak się starasz.”

„Widzę, ile robisz.”

„Widzę, że walczysz.”

Słyszę tylko:

„A nie mówiłam?”

„Nie dajesz rady.”

„Ja robiłam to lepiej.”

„Ja nigdy bym do tego nie dopuściła.”

Ciągłe porównywanie.

Ciągłe wytykanie.

Ciągłe szukanie tego, co robię źle.

A ja nie chcę być taka jak ona.

Naprawdę nie chcę.

Choć czasem aż mnie przeraża, jak bardzo jesteśmy do siebie podobne.

Widzę u siebie zachowania, których nie lubię.

Łapię się na błędach.

Na schematach wyniesionych z domu.

I to boli.

Bardzo.

Ale to nie znaczy, że jestem skazana na powtórzenie jej życia.

Bo ja mam swoje.

Jedno.

I chcę je przeżyć po swojemu.

Chcę tańczyć na stole.

Podróżować.

Poznawać ludzi.

Próbować nowych smaków.

Chodzić z mężem na randki.

Śmiać się do łez.

Cieszyć się każdym dniem.

A kiedy moje dzieci dorosną…

Nie chcę przywiązywać ich do siebie.

Nie chcę, żeby żyły dla mnie.

Chcę otworzyć im klatkę.

I patrzeć, jak lecą wysoko.

Jak budują swoje życie.

Jak są szczęśliwe.

Bo właśnie po to wychowujemy dzieci.

Nie po to, żeby były naszymi dłużnikami.

Tylko po to, żeby kiedyś mogły odważnie pójść własną drogą.

Ja chcę żyć.

Naprawdę żyć.

Nie chcę siedzieć pod kołdrą i czekać, aż życie samo minie.

Bo jakie to jest życie?

Bez smaku.

Bez kolorów.

Bez zachwytu.

Ja chcę czuć życie całym sercem.

Każdego dnia.

Dlatego pozwól mi żyć po swojemu.

Nie musisz się ze mną zgadzać.

Nie musisz mnie rozumieć.

Ale przestań mnie oceniać.

Przestań mówić, że wszystko robisz lepiej.

Przestań dusić mnie w swoim lęku, goryczy i rozczarowaniu światem.

To jest twoje życie.

A to jest moje.

I ja wybieram żyć.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź