Czytam ostatnio taki wpis o czerniaku i musiałam o tym napisać. Bo umówiłam się do dermatologa rok temu na skin exam i przypomniało mi się, przez co sama przeszłam.
No właśnie. Ja się umówiłam. Czekałam. A potem dostałam informację, że lekarz odszedł z network i wizyty nie będzie. Proste.
U młodego było podobnie. Umówiona wizyta, czekanie prawie rok, miesiąc przed terminem telefon, że lekarz go jednak nie zobaczy. A że mój syn ma 16 lat, to musi być pediatra dermatolog. Znaleźć takiego, który przyjmuje ubezpieczenie, to niemal cud, bo mam wrażenie, że teraz dermatolodzy coraz chętniej przyjmują prywatnie. Ale dobra, udało się. Ma wizytę 17 czerwca.
Ja w międzyczasie też postanowiłam coś zrobić ze swoją skórą. Na twarzy mam takie coś, co ciągle się pieprzy. Jak zrobię makijaż, to krwawi. Jak nie zrobię makijażu, też nie wygląda za dobrze.
Zadzwoniłam więc do przychodni i powiedziałam, że ojciec miał czerniaka. Takiego już poważnego. Na szczęście go ogarnęli, ale do dziś chodzi na kontrole co trzy miesiące. U siostry też wycinali już dwa znamiona, ale złapali wszystko wcześnie i jest dobrze.
Pan po drugiej stronie telefonu chyba uznał, że nie ma co czekać kolejnego roku i znalazł mi termin za kilka dni.
Poszłam.
Nie do dermatologa MD, tylko do młodej dziewczyny, chyba świeżo po studiach. Nie znam się na tych wszystkich tytułach i stopniach. Pokazałam jej problem na twarzy, a ona stwierdziła, że to bardzo podrażniona skóra i przepisała krem. Oczywiście kremu w aptece nie było, więc kolejny tydzień czekania.
Ale wyciągnęła też ten cały dermatoskop i zaczęła oglądać moje znamiona na twarzy i szyi. A mam ich naprawdę sporo.
Pytania o kremy, filtry UV, pielęgnację.
No cóż… przyznam się bez bicia. Używam kremów nawilżających, czasem przeciwzmarszczkowych, ale nie należę do osób, które codziennie pamiętają o kremie z filtrem UV. Wiem, wiem.
I wtedy zaczęła się przyglądać jakiemuś znamieniu pod moim okiem.
Patrzy.
Patrzy.
Patrzy.
W końcu mówi:
— Widzę zmianę.
A ja od razu:
— Jaką zmianę? Mam raka?!
Byłam w totalnym szoku, bo akurat to miejsce nigdy mnie nie niepokoiło.
— Trzeba wyciąć.
— Co wyciąć?!
— Tę zmianę.
No dobra. Podpisałam papiery.
Potem sesja zdjęciowa jak dla gwiazdy filmowej. Zdjęcia z każdej strony. Mąż od miesięcy mówił mi:
— Ej, masz rozmazany makijaż.
A ja mu tłumaczyłam, że to nie makijaż, tylko jakaś dziwna kropka pod okiem.
Okazało się, że właśnie tę kropkę pani doktor oglądała z takim zainteresowaniem.
Kazała zamknąć oczy, zrobiła zastrzyk ze znieczuleniem, potem ciap-ciap i po wszystkim. Krwi było sporo, bo ciągle zmieniała gaziki, ale nic nie czułam.
Zmiana poleciała na biopsję.
Potem usłyszałam jeszcze, że przy następnej wizycie może obejrzeć wszystkie moje znamiona.
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą:
— Ja przyszłam z czymś na twarzy, co mnie wkurza. Nie planowałam generalnego przeglądu.
Ale wiecie co? Dzisiaj cieszę się, że była bardziej dociekliwa ode mnie.
Wynik biopsji przyszedł po jakimś czasie.
Zmiana nie była rakowa.
Dokładnie tak, jak przeczuwałam.
Ale zniknęła ta ciemna kropka, która od jakiegoś czasu wyglądała jak rozmazany tusz pod okiem, więc i tak wyszło na plus.
Teraz czekam jeszcze na usunięcie kolejnej zmiany. Ubezpieczenie musi wszystko zatwierdzić, więc termin jest za dwa miesiące.
I powiem Wam szczerze, że dalej nie jestem mistrzynią smarowania się filtrami UV i pewnie niejeden dermatolog złapałby się za głowę.
A jak jest u Was?
Badacie znamiona?
Używacie codziennie filtrów UV?
Pilnujecie kontroli dermatologicznych czy raczej należycie do klubu pójdę jak będzie naprawdę źle ?
Chętnie poczytam, jak to wygląda u Was.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.