Lubię takie dni.

Takie zwyczajne, ciche, niespieszne.

Kiedy nigdzie nie trzeba pędzić. Kiedy zegarek na chwilę przestaje rządzić naszym życiem. Kiedy można po prostu być. Razem.

Być z moim mężem w codzienności.

W rozmowie i w milczeniu.

We wspólnym piciu porannej kawy.

W siedzeniu obok siebie bez wielkich planów i bez potrzeby ciągłego działania.

W słuchaniu deszczu uderzającego o szyby.

W celebrowaniu leniwej niedzieli, kiedy świat za oknem zwalnia, a my możemy zatopić się w miękkich fotelach i po prostu cieszyć swoją obecnością.

Ostatni weekend właśnie taki był.

Mokry, zimny, deszczowy. Taki, który wielu pewnie uznałoby za ponury i stracony.

A dla mnie był piękny.

Siedzieliśmy większość dnia w domu i naprawdę dobrze nam z tym było.

Dzieci jak zwykle układały kolejne pudełko puzzli, śmiejąc się i kłócąc czasem o brakujące elementy, a my byliśmy obok siebie.

Rozmawialiśmy dużo. Chyba nawet więcej niż przez ostatnie tygodnie.

I zdałam sobie sprawę, jak bardzo nam tego brakowało.

Jak bardzo wspólne bycie blisko siebie jednoczy.

Jak naprawia.

Jak koi to, co zostało zmęczone codziennością.

Jak przypomina, że pod warstwą obowiązków, zmęczenia, pośpiechu i frustracji nadal jesteśmy tymi samymi ludźmi, którzy kiedyś wybrali siebie nawzajem.

W ferworze codziennych spraw gdzieś trochę się zagubiłam.

W obowiązkach.

W presji czasu.

W niekończącej się liście rzeczy do zrobienia.

W zmęczeniu.

I gdzieś po drodze zaczęłam oddalać się od tego, co naprawdę ważne.

Ale mam poczucie, że ostatnio na nowo odnajduję siebie.

Powoli. Spokojnie. Krok po kroku.

I wiem, że ogromną częścią tego powrotu jest nasza wspólna modlitwa.

Wróciliśmy do niej.

Jak bardzo mi tego brakowało.

Wieczorem znajdujemy dosłownie kilka minut.

Czasem to tylko pięć minut.

Tylko albo aż.

Pięć minut wspólnego oddania tego dnia Bogu.

Pięć minut zatrzymania.

Pięć minut wdzięczności.

Pięć minut, które naprawdę zmieniają więcej, niż mogłoby się wydawać.

Bo taka modlitwa naprawdę robi swoje.

Ustawia.

Naprawia.

Uspokaja.

Daje siłę.

Przypomina, że nie wszystko musimy dźwigać sami.

Bóg naprawdę troszczy się o nas.

I wiem, że chce naszego dobra.

Chce naszej jedności.

Chce naszego małżeństwa silnego, spokojnego i opartego na Nim.

I coraz częściej myślę o tym, jak niewiele tak naprawdę potrzeba do szczęścia.

Nie wielkich podróży.

Nie idealnego życia.

Nie nieustannego „więcej”.

Czasem wystarczy ciepła kawa.

Deszcz za oknem.

Śmiech dzieci układających puzzle.

Dłoń ukochanej osoby obok.

Kilka minut modlitwy.

Spokój serca.

I obecność Boga w tym wszystkim.

Kiedy robi się dla Niego miejsce i pozwala Mu działać, wszystko zaczyna wracać na właściwe tory.

Powoli.

Łagodnie.

Bez napięcia.

Bez niepotrzebnych spięć.

I nagle znów można oddychać pełniej.

Jestem naprawdę szczęśliwa.

I ogromnie wdzięczna.

Wdzięczna Bogu za mojego męża.

Za moje dzieci.

Za rodzinę.

Za codzienność, która choć czasem trudna  jest piękna.

Wdzięczna za to, że On zawsze jest.

Nawet kiedy wydaje mi się, że jest już za późno.

On przychodzi dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

Nigdy się nie spóźnia.

Dzisiaj jadę na spotkanie wspólnoty na Manhattanie.

Potrzebuję pobyć z Nim sam na sam.

Potrzebuję tej ciszy.

Potrzebuję tej obecności.

I czuję ogromną wdzięczność.

Jak dobrze, że On jest.

Jak dobrze, że prowadzi.

Jak dobrze, że podnosi.

Jak dobrze, że daje siłę wtedy, kiedy jej brakuje.

Dziękuję Ci Boże za mojego męża.

Za moje dzieci.

Za moją rodzinę.

Za każdy dzień.

Za spokój, który wraca do mojego serca.

Za miłość.

Za obecność.

Za wszystko.

Dziękuję ❤️


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź