Zaczęłam to pisać w piątek rano.
Ale wszystko zaczęło się dzień wcześniej.
23 kwietnia, czwartek – późny wieczór
Pizdnęło wszystko.
Mój etat rozleciał się jak domek z kart.
Jeszcze chwilę temu była robota, grafiki, obowiązki, to całe „musisz”.
A teraz? Cisza.
Nie potrafię się tak od razu odłączyć.
To nie jest klik i po sprawie.
Zostawiłam tam kawałek siebie.
Swój czas, swoje nerwy, swoje zaangażowanie.
Bo ja naprawdę robiłam swoją robotę. Uczciwie.
Szanowałam wszystkich ludzi.
I proszę — jest odzew.
Pielęgniarki mnie widziały. Wiedziały, jaka jestem.
Byłam tam najdłużej pracującą osobą na tym oddziale.
Większość ludzi po tygodniu się przenosiła.
Nie dawali rady ani z tempem pracy, ani z pielęgniarkami, które czepiały się o wszystko.
Roboty było od cholery — jak to na chemioterapii.
A ja?
Wytrzymałam pięć miesięcy.
Telefon przed północą.
Koleżanka woła:
— Jola, telefon do ciebie!
Myślę sobie: jak do mnie, skoro ktoś dzwoni do niej? Ale dobra, lecę.
— Halo, kto mówi?
— Nie znasz mnie… pracuję na oddziale…
Trzaski, przerywa, nic nie słychać.
— Zadzwonię jutro, podasz numer?
Podałam.
— Będziesz jutro w pracy?
— Nie. Dziś ostatni dzień.
— Szkoda…
Stoję jak wryta.
Koleżanka pyta, kto to był.
Nie wiem. Serio.
Robię swoje, jestem tu, ale nawet nie zdążyłam poznać wszystkich z imienia.
I nagle słyszę:
— Jola… a może zostaniesz? Będzie mi ciebie brakować. Tak dobrze nam się pracowało…
I wtedy to naprawdę do mnie dotarło.
Wiesz, że mogłabyś zostać.
Że ktoś chce.
Że nie jesteś obojętna.
Ale ja powiedziałam tylko jedno:
To koniec.
Przytuliłyśmy się tak porządnie — jak ludzie, którzy wiedzą, że coś się właśnie zamyka.
I każda poszła w swoją stronę.
Do swoich obowiązków.
Ja do ostatnich.
24 kwietnia, piątek – rano i dalej
A teraz siedzę w domu.
I od rana nagle wszyscy sobie o mnie przypomnieli.
Telefony.
Wiadomości.
„Proszę o kontakt.”
Jakiś dyrektor działu się odezwał.
Managerka z rannej zmiany próbuje się ze mną skontaktować.
I nagle dotarło do mnie, jak szybko rozchodzą się wiadomości.
Powiedziałam tylko na swojej zmianie, że odchodzę.
Tylko tyle.
A ta informacja poszła dalej z prędkością błyskawicy.
Ten powiedział temu.
Tamten przekazał kolejnej osobie.
I nagle wie o tym pół szpitala.
Poczta pantoflowa działa tam naprawdę błyskawicznie.
I wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej niesamowite?
Jak komuś naprawdę zależy, to znajdzie sposób, żeby się skontaktować.
Zawsze.
Nagle okazuje się, że można zdobyć numer.
Można zadzwonić.
Można napisać.
Da się.
Tylko ja dalej zadaję sobie jedno pytanie:
Po co?
Złożyłam wypowiedzenie.
Oddałam wszystko.
Zamknęłam temat.
Jeśli coś jeszcze chcą — niech napiszą maila.
Nie chcę z nimi rozmawiać.
Bo o czym?
O tym, że robota była ponad siły?
Że człowiek był traktowany jak maszyna?
Więcej.
Szybciej.
Bez oddechu.
A może ktoś się boi, że mogłabym pójść do HR i powiedzieć, jak to wyglądało naprawdę?
Nie wiem.
I szczerze?
Nie chcę wiedzieć.
Zamknęłam te drzwi.
I nie zamierzam ich ponownie otwierać.
A ciało robi swoje.
Migrena.
Ból głowy, jakby ktoś rozsadzał mi czaszkę.
Może napięcie schodzi.
Może wszystko, co siedziało we mnie przez ostatnie miesiące, właśnie teraz wychodzi.
W domu?
Ciche dni.
Mąż ma focha.
Niech ma.
To, że nie mam etatu, nie przekreśla mnie jako człowieka.
Pracuję.
Działam.
Idę dalej.
Nie mam benefitów?
Trudno.
Na ten moment tak jest.
I ja się z tym dobrze czuję.
Najbardziej boli coś innego.
Brak wsparcia.
Dopóki robię tak, jak ktoś chce — jest dobrze.
Ale kiedy wybieram po swojemu…
Cisza.
Karanie milczeniem.
Kiedyś szukałabym winy w sobie.
Dziś już nie.
Nie biorę na siebie cudzych emocji.
Nie tłumaczę się z tego, że wybieram siebie.
Niech sobie będą te ciche dni.
To spływa po mnie jak po kaczce.
26 kwietnia, sobota – sentymentalnie
Dzisiaj jest sobota.
Siedzę i myślę.
Jest mi przykro, że tak to wszystko się potoczyło.
Bo mimo wszystko człowiek zawsze ma w sobie jakiś żal, kiedy coś się kończy inaczej, niż planował.
Ale z drugiej strony…
Jestem wdzięczna.
Bo widzę dziś bardzo wyraźnie, że sama nie umiałabym podjąć tej dobrej decyzji.
Trzymałabym się czegoś, co powoli mnie niszczyło.
A prawda jest taka, że to miejsce by mnie zabiło.
Psychicznie.
Fizycznie.
Emocjonalnie.
Nie dałabym rady.
I tak uważam, że pięć miesięcy to wystarczająco długo.
Dałam z siebie naprawdę dużo.
Teraz przede mną nowa droga.
Nowy etap.
Nowe możliwości.
Tylko jaki jest mój cel?
Hmm…
Siedzę i myślę.
A krople deszczu uderzają o szybę.
Taka sentymentalna sobota.
I może właśnie takich dni też potrzebuję.
Żeby pobyć ze sobą.
Usłyszeć własne myśli.
Pozwolić sobie poczuć wszystko.
Bo koniec czegoś nie zawsze jest porażką.
Czasem jest ratunkiem.
A ja chyba właśnie zostałam uratowana.
I pierwszy raz od dawna, mimo lęku przed tym, co dalej…
czuję też wolność.
Mam siebie.
Mam spokój.
Mam nowe możliwości.
I tego już nigdy więcej nie oddam.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.