No to sobie, proszę państwa, naważyłam piwa.

Tak. Ja to potrafię.

Jak już coś robić, to porządnie.

Ale po kolei.

Odkąd zaczęłam pracę w szpitalu, zaczęłam pić takie niewinne saszetki z elektrolitami i „energią”.

Wiadomo – Costco, wielka paka, 20 sztuk czy ileś tam, hasła typu powerfocus.

No to piłam.

Codziennie.

Punkt piąta po południu.

Bo trzeba mieć siłę, bo praca, bo nocki, bo życie.

I wszystko było pięknie…

przez miesiąc.

Po miesiącu orientuję się, że coś jest nie tak.

Ale nie tak „źle”.

Nie tak „boli”.

Tylko tak… dziwnie dobrze.

Śpię 4–5 godzin.

Bez budzika.

Otwieram oczy – pyk – pełna przytomność.

Zero zmęczenia.

Zero potrzeby drzemki.

Energia taka, że spokojnie mogłabym dorzucić jeszcze jeden etat.

I wtedy pojawia się myśl:

Co jest, do cholery?

Powinnam padać na pysk, podpierać się rzęsami, a tu… nic.

Coś tu, kurde, nie gra.

No to wchodzę w tryb detektywa.

Mózg?

Sherlock Holmes – level expert.

Analiza, dedukcja, rozkład na czynniki pierwsze.

Myślę, dumam, gdybam…

aż nagle tadam – jak u Pomysłowego Dobromira – olśnienie.

Tylko że zanim do tego „tadam” doszłam, zdążyłam się solidnie wystraszyć.

Pierwsza myśl:

Tarczyca.

Wróciła.

Nadczynność.

Witam ponownie, stara znajoma.

A kto chorował albo ma z tym problem, ten wie:

mało snu + kosmiczna energia ≠ supermoc.

To bardzo często początek poważnych problemów.

A ja swoje przeszłam.

Przełom tarczycowy.

Arytmie.

Leki na serce.

Ataki paniki dzień w dzień.

Stan, w którym serce wali tak, że nie jesteś w stanie powiedzieć zdania, bo każdy wyraz to wysiłek jak maraton.

Więc ja już byłam mentalnie spakowana.

Gotowa lecieć do szpitala.

Bo z nadczynnością nie ma żartów – serce dostaje po dupie jako pierwsze.

Z drugiej strony – niedawno byłam u lekarki.

Wiem, że balansuję na granicy nadczynności.

Mam jasno powiedziane: jak coś się zmienia – zgłaszać.

A że z problemami tarczycy żyję ponad 23 lata, to znam swój organizm lepiej niż niejedną instrukcję obsługi.

Mogłabym spokojnie robić jako endokrynolog-asystent społeczny.

I właśnie dlatego coś mi nie pasowało.

Bo to nie było to.

Brakowało pewnych sygnałów ostrzegawczych, które pamiętam aż za dobrze.

Wtedy …zdecydowałam że odstawię 

saszetki z elektrolitami.

Te dokładnie, które widzicie na zdjęciu.

I proszę państwa…

dwa dni.

Dwa dni bez tego „niewinnego proszku” i nagle:

Zmęczenie.

Normalne, ludzkie, zdrowe zmęczenie.

Senność.

Cisza w głowie.

Ufff.

To nie tarczyca.

Najgorszy scenariusz odhaczony.

Serce bez dramatu.

Panika w odwrocie.

Dotarło do mnie że :

Ze to nie były „elektrolity”.

Ze to był legalny energetyk w proszku.

Bo to, co piłam, to nie tylko sód, potas i magnez.

To także kofeinawitaminy z grupy B, substancje pobudzające – tylko sprytnie zapakowane w hasło hydration.

Bez cukru.

Bez zjazdu.

Bez sygnału ostrzegawczego.

I tak – można się napojem doprowadzić do tragedii.

Nie od razu.

Nie spektakularnie.

Po cichu.

Codziennie o piątej po południu.

Ja już wiem, jak wygląda organizm nakręcony do granic wytrzymałości.

Wiem, gdzie to może prowadzić.

I wiem, że tym razem zatrzymałam się w porę.

Więc morał tej czarnej komedii jest prosty:

Czytajcie składy.

Nie pijcie codziennie „energii”, bo to nie woda.

A jeśli organizm przestaje wysyłać sygnał zmęczenia – to nie jest superpower.

To jest alarm, który właśnie się wyłączył.

Bo najłatwiej wpakować się w kłopoty nie wtedy, gdy robisz coś ewidentnie głupiego,

tylko wtedy, gdy robisz coś, co wygląda na zdrowe, bezpieczne i „dla organizmu”.

Ja nie piłam alkoholu.

Nie brałam narkotyków.

Nie przesadzałam z kawą.

Piłam „nawodnienie”.

A mimo to przez miesiąc chodziłam z wyłączonym bezpiecznikiem zmęczenia.

Dlatego wrzucam to zdjęcie.

Nie żeby straszyć.

Tylko po to, żeby ktoś, kto śpi 4 godziny, a dalej ma „supermoc”,

zatrzymał się na chwilę i zapytał siebie:

czy ja naprawdę mam energię…

czy tylko przestałam ją czuć?

A ja?

Ja wróciłam do życia.

Zmęczona.

Normalna.

I paradoksalnie – spokojniejsza niż kiedykolwiek.

Koniec przedstawienia.

To tyle w temacie.

Bo biedy można sobie napykać…

i to zupełnie nieświadomie


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

2 uwagi do wpisu “Legalny energetyk

  1. Nieźle, takie niewinne elektrolity a tu pachnie! Energetyk. Jak to czlowieka potrafią zrobic i opakować w niewinne opakowanie coś co może nas wykończyć:/

    1. Dokładnie tak ! Ale nie zamierzam tak tego zostawić o nie ! Mam problem z hormonami , takie niewinne elektrolity z energią mogły się dla mnie źle skończyć ! Będę pisać wiadomość do firmy .Zloze zażalenie .

Zostaw odpowiedź