czyli jak moje powieki dostały więcej praw niż ja
Uwaga! Tekst tylko dla osób o silnym sercu, słabych powiekach i mocnej taśmie klejącej. Jeśli czytasz przez pół oka — jesteś we właściwym miejscu.
Odkąd mieszkam w Ameryce, wiedziałam, że tu jest wolność, demokracja i prawo do szczęścia. Ale nie wiedziałam, że w pakiecie dostanę też prawa obywatelskie dla moich powiek.
Moje powieki są niezależne. Robią, co chcą. Opadają, śpią, mają wszystko w dupie. A ja mogę je jedynie przykleić taśmą, jak rodzic, który próbuje ogarnąć bunt piętnastolatka przy pomocy super glue. Tyle że ten „nastolatek” mieszka nad moimi gałkami ocznymi i decyduje za mnie, czy będę widzieć świat — czy nie.
Wieczorami moje oczy wyglądają jak po zderzeniu z poduszką. Opuchnięte, przygaszone, gotowe do snu już o 7 pm. Jeśli chcę poczytać, muszę przykleić się na żywca taśmą bezbarwną. Zwykła rolka taśmy stała się moim okulistą, ortopedą i psychologiem w jednym. Nie ocenia, nie narzeka, nie pyta o ubezpieczenie. Po prostu trzyma mnie przy życiu. Dosłownie.
Czekałam dwa miesiące na wizytę u okulisty, bo liczyłam, że ktoś mnie w końcu naprawi, a nie że moje powieki będą robiły karierę solową. Dostałam badanie, w którym połowa sprzętu wyglądała jak wykrywacz kłamstw, a druga jak robot do naleśników. Nikt nie wie, jak to działa, ale wszyscy udajemy, że to medycyna.
W końcu: werble.
— „Brakuje pani dwóch milimetrów, żeby kwalifikować się na operację na koszt ubezpieczenia.”
Dwa milimetry.
Patrzyłam na lekarkę i zastanawiałam się, czy mam położyć się na podłodze, niech mnie mierzą jak wykładzinę w promocji, czy może wyciągnąć linijkę i udowodnić grawitację na żywo. Bo jeśli 2 mm decydują o mojej przyszłości, to może powinnam wrócić jutro po trzech nieprzespanych nocach, z twarzą opadłą jak firanka po remoncie.
W Polsce lekarz powiedział, że jak najbardziej nadaję się na zabieg. W USA usłyszałam, że powinnam poczekać, aż natura mnie bardziej dobije. To pierwszy raz w życiu, kiedy ktoś powiedział mi: „Proszę się zestarzeć trochę bardziej, dla własnego dobra.”
W Polsce:
— „Robimy jutro, NFZ zapłaci, proszę nie pić kawy wcześniej.”
W Ameryce:
— „Pani powieka jeszcze nie wygląda jak po długim weekendzie w Urzędzie Skarbowym. Proszę wrócić, jak będzie pani wrakiem.”
A jeśli chcę szybciej, to oczywiście jest opcja prywatna. Wystarczy podpisać tu, tu i tu, podać kartę kredytową, a w następnym tygodniu będę wyglądać jak człowiek po renowacji. Trochę siniaków, trochę bólu, ale all set.
Cena? 27 tysięcy dolarów.
Za 27 tysięcy dolarów mogę:
– kupić samochód z szybami,
– polecieć całą rodziną do Polski, zrobić zabieg i jeszcze wystarczy na Biedronkę,
– albo usunąć ze swojej twarzy kawałek skóry, który zasłania mi świat jak rolety w Lidlu po 22.
W Polsce za te pieniądze chirurg wstawiłby mi powieki, poprawił brwi i jeszcze postawił kawę na oddziale.
W Ameryce możesz być biedny, chory, stary — ale najpierw musisz udowodnić, że opłacasz się firmie ubezpieczeniowej. Nawet moje powieki muszą mieć biznesplan. Bez tego nie zostaną sfinansowane.
Na koniec pani doktor powiedziała, żebym wróciła za rok, bo moje powieki na pewno opadną bardziej i wtedy może będę kwalifikować się do operacji. O ile w międzyczasie nie zmienią standardów na takie, w których powieka musi opadać do brody.
Starość przyszła.
Taśma przyszła.
Ubezpieczenie — nie przyszło.
Powieki opadły.
Ja nie.
AMERYKA, BABY
Ameryka. Tu nawet grawitacja musi mieć ubezpieczenie.
Co Wy musieliście udowodnić w USA, żeby ktoś w ogóle zgodził się Was naprawić? Jaką część ciała kazali Wam „zniszczyć bardziej”, żeby była kwalifikowana do leczenia? Piszcie, zanim wszystkim nam opadną powieki. A teraz idę przykleić taśmę na moje powieki, żeby trochę poczytać i widzieć wszystko, a nie tylko na pół gwizdka. Dobranoc.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.