Spacer do szkoły z moim Małym Wielkim Człowiekiem

Wychodzimy z domu. Poranek taki zwyczajny, a jednak inny niż wszystkie. Powoli, spokojnie, każde w swoim rytmie, a jednak razem. Drepczemy niespiesznie, jakbyśmy mieli przed sobą całą wieczność. Słońce muska nasze twarze, otula delikatnym ciepłem, jakby lato przyszło wcześniej. Zero wiatru, zero deszczu – nic tylko delektować się chwilą.

I wtedy pada to pytanie, które wbija mnie w chodnik:

– Mamo, a czy ty już jesteś stara?

Zatrzymuję się w myślach, bo w jego oczach świat jest prosty: ktoś jest młody, albo stary. Żadnych odcieni szarości. – Nie synku, nie jestem stara. Czuję się dobrze. Nie czuję się staro.

– Ale jesteś, mamo, jesteś jak babcia. Tylko ona bardziej, a ty zaraz za nią. Patrz, jak wolno idziesz, jak babcia. I masz linijki na twarzy, takie jak ona.

I w środku mnie ukłucie. Bo przecież nie czuję się staro, nie czuję się zmęczona życiem, a twarz? Owszem, ma linie, ale czy aż tak? Zaczynam w myślach rozważać – botox, zabiegi, może coś poprawić… Ale zanim zdążyłam wejść w te zakamarki własnych kompleksów, mój syn już był trzy kilometry dalej – w swojej dziecięcej radości.

– Mamo! Betoniarka! O, będą lać cement z tej wielkiej rury! Chodź, zostańmy i popatrzmy!

No i jak tu nie kochać dzieciństwa? Przed chwilą postawił mi pieczątkę „stara”, a teraz zachwyca się betoniarką jak największym widowiskiem na świecie. – Patrzę, patrzę! – wołam, a on już biegnie oczami za kolejnym zjawiskiem.

I nagle zaczyna śpiewać:

– I have a dream!

– A jaki to sen miałeś, synku? – pytam z uśmiechem.

– Nie, mamo! To piosenka! Uczymy się jej na muzyce. Pani wczoraj śpiewała. Wiesz, jakie to fajne?

I ja znów widzę tę pasję, tę radość – zwykła lekcja muzyki, a on świeci oczami, jakby opowiadał o koncercie życia.

I wtedy przechodzi do kolejnej fascynacji:

– Mamo, patrz! Mamy vovels! Krótkie i długie. O, o, o – octopus! – mówi, przykładając rękę do brody i demonstrując, jak to się wymawia. – A teraz long vowels! Powtórz za mną: old. Widzisz, mamo, sond long vowels, słyszysz to?

Stoję, patrzę na niego i powtarzam – trochę nieudolnie, trochę śmiejąc się pod nosem, bo on jest tak poważny w tym swoim uczeniu, jakby właśnie odkrywał tajemnicę wszechświata. A może naprawdę ją odkrywa? Bo w jego oczach każda literka, każdy dźwięk to wielkie WOW!

I tu wracamy do tematu:

– Widzisz, mamo? Octopus – short. Old – long. No i ty też old. Jesteś old, mamo.

No pięknie. Najpierw „stara jak babcia”, teraz jeszcze „old” w wersji angielskiej. Dostaję pieczątkę w dwóch językach, jakby jednej mu było mało. A ja? Ja nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Więc śmieję się, bo jego szczerość jest tak rozbrajająca, że nie da się inaczej.

Idziemy więc dalej – on, zapatrzony w świat, ja – zapatrzona w niego. I wiem, że w tej zwykłej drodze do szkoły jest ukryta największa magia. Magia życia, które ma smak i sens, bo idziemy przez nie razem.

I myślę sobie: nie jestem stara. Mam w sobie młodość, bo mam jego. Każda „linijka” na mojej twarzy to zapis naszych dni, naszych rozmów, naszych śmiechów. Nie zamieniłabym ich na żadną gładką maskę.

Bo ten mój Mały Wielki Człowiek daje mi więcej niż jakikolwiek eliksir młodości – daje mi inne spojrzenie na świat, uczy mnie cieszyć się betoniarką, piosenką na muzyce i literką „o”. A ja kocham w nim ten głód życia, tę ciekawość, tę radość. I wiem, że właśnie w tym tkwi prawdziwa młodość.

A Wy?

Czy Wasze dzieci (albo wnuki, albo cudze maluchy wokół Was) też powiedziały Wam kiedyś coś takiego, że jednocześnie rozbraja szczerością i wbija w ziemię? 😅


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź