Lubię moje książki. Kocham moje regały pełne historii, które stały się częścią mojego życia. Staram się, by w domu były tylko te (no, prawie 😉), które naprawdę mnie wciągnęły, coś mi dały, coś zostawiły w mojej duszy. To nie są przypadkowe tytuły – to moje skarby, moje drogowskazy.

Wiecie, że książek Williama Whartona już nie drukują? Nie można ich kupić, a ja je mam – i całym sercem je kocham: „Spóźnieni kochankowie”, „Ptasiek”, „W księżycową jasną noc”. Takie książki zostają w człowieku na zawsze.

Ale obok nich stoją inne – równie ważne. Książki Małgorzaty Musierowicz. „Jeżycjada” – seria o rodzinie Borejków, której życie toczy się na ulicy Roosevelta w Poznaniu. Mam je, choć nie wszystkie. I wracam do nich zawsze wtedy, kiedy jest mi ciężko, kiedy potrzebuję normalności i spokoju. 

  “Ile razy można czytać jedną książkę?” – mówi mój mąż.

No i co z tego? Ja tam uwielbiam wracać do Borejków! Siadam z nimi przy stole, piję herbatę, słucham rozmów, śmieję się i wzruszam. To jak spotkanie z przyjaciółmi, których zna się od lat, a każde spotkanie smakuje tak samo dobrze.

Bo czy życie człowieka mierzy się tym, ile razy spróbował czegoś nowego, czy raczej tym, ile razy pozwolił sobie poczuć magię na nowo ? Książki mają swoje życie. One rosną razem z nami, dojrzewają, inaczej pachną, gdy wracamy do nich po latach. Czytam i stapiając się z bohaterami – żyję ich życiem. Ile razy zdarzyło mi się, że jadąc pociągiem powinnam wysiąść na Union Square, a ocknęłam się dopiero na Bronxie! Kurka wodna, strofuję się wtedy w myślach, ale w głębi serca wiem: to piękna cena za podróż w cudze życie.

I kto choć raz czytał Musierowicz, ten wie – jej książki są ponadczasowe.

Byłam w tym roku w Poznaniu. Stanęłam pod muralem Musierowicz, przeszłam się ulicą Roosevelta, zajrzałam pod adres Borejków. To było jak powrót do lat młodości. Marzę, by kupić całą nową serię „Jeżycjady” – teraz z dodatkowymi słowami autorki. Wiem, że jak tylko będę w Polsce, zafunduję sobie ten komplet, bo to mój top one.

Bo ten świat – Borejkowie, ich dom, ten klimat – daje mi spokój. To prostota, ciepło, normalność. A przecież właśnie tego najbardziej nam teraz potrzeba.

I właśnie dlatego tak mocno uderza we mnie przesłanie z „Dziecka piątku”. To nie jest tylko kolejny tom „Jeżycjady”. To opowieść o tym, że odgradzanie się od ludzi to tak, jakby zniknąć. Że bogactwo nie polega na tym, ile masz, tylko ile potrafisz dać.

Tam padają słowa, które chciałoby się wytatuować na sercu:

„Nie wyciągaj ręki — podawaj rękę. Nie czekaj, aż inni ci coś dadzą. Ty zacznij. Ty zrób krok. Ty rozpal iskrę. Nie ten jest bogaty, kto dużo ma, tylko ten, kto dużo daje.”

Czy to nie jest piękne? Czy to nie jest dokładnie to, czego dzisiaj nam trzeba?

Kiedy jestem z Borejkami, naprawdę tam jestem. Razem z Gabrysią przeżywam jej ciążę z Ignacym Grzegorzem, razem z nią wącham bukiecik świeżego koperku. Zatracam się w tych zwyczajnych obrazkach i czuję się częścią rodziny.

A moje córki? Są takie podobne do Pyzy i Tygryska – jakby same wyskoczyły z kart „Jeżycjady”!

I wtedy wiem, że książki Musierowicz to nie tylko lektura. To lekcja życia, której nie da się zamknąć w jednym wieczorze. One są jak herbatka na jesień – lekkie, ciepłe, kojące.

Dlatego właśnie wracam. Dlatego mogę czytać je w kółko. Bo Borejkowie uczą, że człowiek jest potrzebny innym ludziom. Że im więcej siebie dajemy, tym bardziej naprawdę żyjemy.

A ja chcę żyć. Chcę dawać. I chcę wciąż na nowo przeżywać tę magię, którą Musierowicz wplotła w swoje książki.

A Ty? Czytałaś „Jeżycjadę”? Która z postaci została w Twoim sercu na zawsze – Gabrysia, Pulpecja, Ida, Patrycja, Róża, czy może sama Mila Borejko? Podziel się swoimi przeżyciami. Bo przecież człowiek potrzebuje człowieka – a książki są najpiękniejszym mostem, który nas łączy.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź