Mam świetne życie i mogę to ująć w jednym zdaniu – czwórka dzieci, które potrafią zrobić z dnia rollercoaster bez biletu, rodzina, na której mogę polegać, przyjaciele, którzy nigdy się nie spóźniają i zawsze są obok. Ja nie muszę szukać dramy – bo moje życie i tak jest pełne emocji, niespodzianek i zamieszania. Tylko że… czasem mam wrażenie, że świat prowadzi jakąś dziwną loterię: codziennie dorzuca nam powód do wnerwu w gratisie.

Weźmy traffic. Wsiadasz do auta, niby masz zapas 15 minut, bo przecież jesteś rozsądna i wiesz, że w tym mieście wszystko może się wydarzyć. Ale nagle – bach! – przed tobą żółty autobus szkolny. I kiedy on staje, to staje całe miasto. STOP wyciągnięty, dzieci idą, nie ma litości, nie ma wyjątków, nie ma przebacz. Możesz gasić silnik, zrobić kawę w termosie, przeanalizować sens życia – bo dopóki ten autobus nie ruszy, ty też jesteś przykuta do asfaltu. Autobus w tym momencie staje się królem szosy, cesarzem drogi, a wszyscy za nim – tylko pokornymi poddanymi.

Albo śmieciarka. O tak, śmieciarka to dopiero mistrzyni chaosu. Jedzie powolutku, zatrzymuje się co dwa metry, zgarnia kolejne worki – a ty za nią. Korek taki, że w tym czasie zdążysz przesłuchać cały podcast, odrobić z dzieckiem lekcje i jeszcze przeżyć kryzys egzystencjalny. Do tyłu nie zawrócisz, bo już pięćdziesiąt aut utknęło za tobą. Ludzie trąbią jak na festiwalu klaksonów, klną na siebie nawzajem, na los, na pogodę, na burmistrza i na to, że w ogóle zdecydowali się dziś wyjść z domu. I powiedzcie mi – kto tu szuka powodu do nerwów? To nie ja. To śmieciarka trzyma nas wszystkich jako zakładników codzienności.

A metro? To już czysta rosyjska ruletka. Raz jedzie express i czujesz się zwycięzcą, raz local i zastanawiasz się, czy kiedykolwiek dojedziesz. A czasem w ogóle nie przyjedzie, bo sygnalizacja ma zły dzień. Ty stoisz na peronie, gapisz się w tunel i masz wrażenie, że to ukryta transmisja na żywo: „Obywatel kontra system – kto pierwszy pęknie?”.

Do tego dochodzą urzędy i lekarze – klasyka gatunku. Ty spóźnij się pięć minut, a jesteś traktowana jak sabotażystka. Ale oni mogą kazać ci czekać godzinę i jeszcze spojrzą na ciebie z wyrzutem, że się nie uśmiechasz. Równość? Nie. To teatr absurdu, w którym widz ma siedzieć cicho, a aktor na scenie może robić, co mu się podoba.

I teraz najlepsze. Ludzie powtarzają, że „wszyscy jesteśmy wiecznie głodni powodów do wnerwu”. Nie, proszę państwa. Nie wszyscy. Ja nie jestem. Ja mam życie pełne emocji i naprawdę nie muszę wymyślać sobie dodatkowych dramatów. To świat codziennie robi casting na nowy powód do frustracji, a ja – chcąc nie chcąc – dostaję w tym serialu rolę statystki.

Bo wiecie, ja nie muszę polować na złość. Mam czwórkę dzieci, dom, obowiązki, codzienny chaos. U mnie zawsze się coś dzieje. To raczej świat zachowuje się jak złośliwy kelner – zamiast podać normalne danie, podaje ci talerz frustracji i mówi: „Na koszt firmy. Smacznego!”.

Więc pozwólcie, że powiem to jasno: to nie my zamieniliśmy życie w polowanie na powody do wnerwu – to życie samo rozdaje bilety na tę karuzelę. I czy chcesz, czy nie, wsiadasz i jedziesz. Czasem z uśmiechem, czasem z ironią, czasem z przekleństwem na ustach – ale zawsze w tej samej kolejce.

A teraz pytam się was: jak myślicie? To my naprawdę polujemy na dramę, czy to świat codziennie wciska nam ją w kieszeń jak ulotkę, której nikt nie chciał, a i tak trzeba ją zabrać?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź