Wrzesień. Ludzie wracają z wakacji, dzieci ruszają do szkół, a my – rodzice – wpadamy w rytm: szkoła–praca–zajęcia–powrót–kolacja–padnięcie twarzą w poduszkę.

Pociąg pełen ludzi. Szelest książek, stuk klawiatur, kawa w kubkach termicznych, ktoś poprawia kreskę na oku. A ja – w tym tłumie – dostrzegam znajomą.

Nie zdążyłam się nawet przywitać, a ona już:

– Jola, ratuj! Ja z tym moim synem nie wyrabiam!

I poszło jak z karabinu maszynowego. Syn ósma klasa. Ona mu mówi „zrób to, zrób tamto”, wraca – a on leży ze słuchawkami, gapi się na nią wielkimi oczami i pyta: „Kiedy mi to mówiłaś?”. Były mąż – zawsze dobry, złego słowa o ojcu nie powie, tylko matka ta niedobra. Ojciec daje kasę i jeszcze nastawia syna przeciwko niej. A ona – zmęczona, zrezygnowana, jakby na plecach nosiła cały świat.

A ja? Siedzę i tylko: „uhm… aha… rozumiem…”. Ani jednego mądrego zdania. Nic. A ona na końcu wysiada uśmiechnięta:

– Jola, ale mi pomogłaś! Dzięki! Umawiamy się na kawę!

I już biegnie, macha, szczęśliwa. A ja w głowie: serio? Przecież ja byłam tylko tłem dźwiękowym do jej spowiedzi. Ale wiem – jakie to potrzebne. Sama tak mam.

U mnie czwartek, piątek, poniedziałek – bez różnicy.

Godzina 4:00. Dzwoni budzik. To nie budzik, to syrena alarmowa jak w remizie strażackiej. Otwieram oczy i zamiast w telefon, patrzę w moje wielkie okna. One wiedzą wszystko. Słońce, deszcz, śnieg, wiatr – prawdę ci powiedzą. To jest moja prywatna stacja meteorologiczna.

Ale ja jeszcze nie wstaję. Jeszcze chwilkę leżę i się modlę. I to nie jest jakaś tam modlitwa – to dla mnie ważne, istotne. To jest mój czas moja relacja z Nim .To jest mój deal z Panem Bogiem:

– Boże, żyję! Otworzyłam oczy! Dziękuję .Chcesz, żebym dziś dała czadu? Dobra, dam. Ale Ty wiesz, co mnie czeka, więc błagam: daj mi siłę, żebym się nie rozerwała jak dynamit! Bo Ty wiesz, ile ja potrzebuję siły i mocy!

I nagle – oddech nade mną. Otwieram oczy gwałtownie, a tam twarz mojego męża.

– Jezus Maria, kobieto, wystraszyłaś mnie! Wstajesz, czy jeszcze śpisz?

– Modlę się – odpowiadam, zamykam na chwilę oczy i zaraz wyskakuję z łóżka.

On sprawdza, czy się dobudziłam. A ja – zaspana, ale już gotowa do boju. Łóżko zaścielone, bo lubię pod linijkę. Leki, kawa – ale nie filiżanka, nie kubek. Litr. Normalnie jak kroplówka z kofeiną. I jabłko albo banan, bo żołądek na pełne śniadanie mówi: „hola hola, stres mi tu siedzi!”.

Moje córki – proszę bardzo, każda się ogarnia. Ale chłopcy? To stan wojenny.

Budzenie ich to jak rozbrajanie bomby. Muszę podejść jak saper – żeby nie wysadzić domu w powietrze.

– Wstawaj.

– Za pięć minut.

– Nie, teraz.

– Daj mi spokój, mamo, ja śpię.

I zaczyna się koncert narzekania. Jeden chce to, drugi tamto. Każdy z innym pomysłem. A ja – dyrygent tego chaosu, tylko bez batuty.

Lunchboxy pakuję, śniadanie stawiam, a oni chórem:

– Ale ja tego nie jem!

– A ja chciałem coś innego!

I myślę: halo, tu nie restauracja. To dom rodzinny. Tu jest menu dnia, a nie karta dań na 20 stron.

Wracam styrana jak koń po westernie. Siaty w rękach, w głowie plan obiadu. A w drzwiach powitanie:

– Mamo, a Max mnie uderzył!

– Mamo, on napluł na ścianę!

– Mamo, on się na mnie gapił!

– Mamo, on oddychał moim powietrzem!

Jeszcze butów nie zdjęłam, toreb nie odstawiłam, kawy nie powąchałam, a już rozstrzygam wojny światowe.

A Max? Max przychodzi jak ostatni bohater.

– Gdzie byłeś tak długo?

– No gdzie, w szkole! A co, przesłuchanie?

I znika w swoim pokoju, w swoim świecie.

Dziewczyny natychmiast:

– Mamo, zrób coś! Max nam dokucza!

– Mamo, on siedzi na moim łóżku! To mój teren prywatny!

Ja mam dość i drę się: „Ojca wołajcie!”.

A mąż, ledwo wszedł do domu: „Ja z pracy dopiero wróciłem, ja chcę spokoju”.

No tak. Sześć charakterów w jednym domu – to nie rodzina, to reality show. A ja? Matka, lekarz, psychiatra, sędzia, sprzątaczka, kelnerka, kucharka, służąca. Wszystko w jednej osobie.

Mam dość. Biorę sweter i idę na spacer z psem. Tak, mamy psa – bo ktoś poprosił, żebyśmy się zajęli „na tydzień”. No to się zajmujemy. Już kolejny tydzień.

Nie do spa, nie do psychoterapeuty. Do parku idę .Do drzewa. I kopię z całej siły – raz jedną nogą, raz drugą. Bo inaczej nie wytrzymam.

I tak, moja koleżanka z pociągu ma jednego syna i jęczy, że nie daje rady. A ja? Sześć charakterów w domu, każdy wybuchowy, a mąż z jednym tekstem na wszystko: „Dajcie mi spokój”.

Ale wiecie co? Dziękuję Bogu. Bo On wiedział, że ja nudy nie lubię. W moim domu codziennie jest kabaret, dramat, komedia, thriller i czasem horror. Wszystko w pakiecie. A ja – główna aktorka.

I tylko wiem jedno: gdyby nie kawa, Bóg i moje okna – to już dawno leżałabym pod tym drzewem, w które tak walę nogą.

Bo życie matki to nie bajka i nie telenowela. To maraton z przeszkodami, kabaret na żywo i reality show w jednym. I choć czasem mam ochotę rzucić ręcznik – to wiem, że gdybym ja wysiadła, ten dom rozpadłby się w pięć minut. Więc idę dalej. Z kawą w jednej ręce, modlitwą w sercu i… adidasem na nodze do kopania drzewa.

A u Was jak to wygląda? Macie w domu bardziej komedię romantyczną, thriller czy science fiction?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Jedna uwaga do wpisu “Rodzina czy reality show?

Zostaw odpowiedź