Kurde, siedzę w domu, gotuję rosół i nagle dociera do mnie, że trzy piękne anioły odleciały…

Tak trudno pogodzić się z myślą, że zabrali ze sobą najjaśniejsze gwiazdy, zanim zdążyliśmy się nimi nacieszyć. Bo co by nie było – trzy głosy, trzy serca, trzy niezwykłe dusze odeszły. Odeszli ludzie wrażliwi, pełni światła, niosący w sobie muzykę, śmiech i dobroć. Ich obecność była jak promień w ciemności – nieuchwytny, a jednak rozświetlający codzienność.

Słucham sobie teraz Soyki i łapie mnie to za serducho, bo ten gość naprawdę umiał chwytać za serce. Ale zanim do niego dojdę – myślę o tych, którzy tak samo jak on potrafili zwykły dzień zamienić w coś pięknego, jak rosół, który pachnie domem.

Jedną z takich osób była Joanna Kołaczkowska – mistrzyni uśmiechu i wzruszeń. Jej spojrzenie rozbrajało każdy smutek, a jej skecze miały w sobie coś więcej niż żart – one opowiadały o nas samych. Były zwierciadłem codzienności, podanym z humorem i czułością. „Egzamin na studia”, „Zimny sernik”, „Tytanik” – kto raz usłyszał, pamięta do dziś. Joanna śmiała się z ludzkich słabości, ale nigdy nie drwiła – zawsze dawała otuchę i ciepło. Ile razy powtarzaliśmy jej słowa w rozmowach, ile razy mówiliśmy: „pamiętasz, jak to Kołaczkowska powiedziała…?” – i nagle zwykły dzień rozświetlał się śmiechem. Jej humor nie przemija, bo wystarczy odpalić skecze na YouTubie – łza sama spływa, a serce znów się uśmiecha.

A gdy już śmiech Joanny rozbrzmiewał w uszach, wystarczyło sięgnąć po muzykę, by odkryć inną stronę wzruszeń – tę, którą dawał Stanisław Soyka, głos otwierający serca. Kiedy śpiewał „Tolerancję”, pisaną ponoć „na kolanie”, stworzył hymn pokoleń. W prostych słowach „Życie nie po to tylko jest, by brać” zawarł prawdę, która dotykała każdego. Soyka miał dar interpretacji i wrażliwości, dzięki czemu każda głoska stawała się wyznaniem. Jego muzyka była rozmową duszy z duszą – subtelną, a jednocześnie poruszającą do głębi. Nawet cisza po ostatnim akordzie była pełna – jak modlitwa. On naprawdę dawał nam siebie całego. I nie, nie przesadzam – to był ogromny talent, którego dziś tak bardzo brakuje.

A wczoraj słyszę, że pani Kasia od rozmów z dziećmi –  nie żyje. Zginęła w wypadku. Tyle miała jeszcze spotkań, tyle planów… a tu w radiu podają: „nie żyje”. Katarzyna Stoparczyk – mistrzyni mowy polskiej, ale ważniejsze od tytułów było dla niej serce drugiego człowieka. Jej rozmowy z dziećmi były czymś niezwykłym – traktowała je z szacunkiem, jak równych sobie, dawała im poczucie wyjątkowości. Jej głos – miękki, jedwabisty – koił i ogrzewał. Jej audycje były pełne radości, szczerości i autentyczności. Słuchając ich, człowiek raz śmiał się do łez, raz milkł w zadumie. Dawała swoim słuchaczom to, co najcenniejsze – obecność i uwagę. A teraz jej już nie ma. Tak po prostu. Jakby ktoś zdmuchnął płomień świecy.

Łączyło ich jedno – zawsze byli dla innych. W słowach, w muzyce, w uśmiechu i w geście – dawali nam cząstkę siebie. Ich obecność była światłem, którego nie da się zatrzymać, ale które możemy nieść w sobie dalej.

Odeszli jeden po drugim, jakby ktoś zamknął rozdział zbyt wcześnie. Jakby ktoś otworzył niebo i zawołał ich po imieniu. Ale prawdziwe piękno nie znika. Ono zostaje – w naszych wspomnieniach, w dźwiękach, w słowach, w uśmiechach, które nam ofiarowali.

Dziś łza kapie do rosołu – dodaje soli, której wcale nie trzeba – i trudno pogodzić się z tym, że ich już nie ma. Ale w tej łzie jest też wdzięczność. Za ich życie, za dobro, za to, że pokazali nam, jak kochać ludzi i jak pięknie żyć.

„Na miły Bóg – aby żyć, trzeba dać siebie samego.” I oni dali nam siebie całych – do ostatniego słowa, do ostatniej nuty, do ostatniego oddechu.

Niech pamięć o Nich będzie jak pieśń – wieczna, czuła i pełna miłości.

A jeśli tak bardzo boli dziś tęsknota, to może tylko dlatego, że tam, w górze, byli jeszcze bardziej potrzebni.

Bo życie jest kruche jak płomień świecy.

I tak po prostu… zgaśli.

Jak pieśń, która urwała się w połowie wersetu.

Jak akord, który wybrzmiał i pozostała tylko cisza – pełna, ciężka, niepojęta.

Jak światło, które migotało w oknie, a nagle zgasło, zostawiając nas w ciemności.

Ale ta cisza, ta ciemność i ta pustka – wypełniają się ich śladem.

Bo choć zgasili się tu, w naszych oczach, to przecież płoną dalej – tam, gdzie światła już nikt nie gasi.Dobranoc Kochani .Pamietajcie życie tak kruche jest …


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

2 uwagi do wpisu “Trzy anioły odleciały…

  1. Jola, słuchałaś podcastu “Mówi Się “, Asi Kołaczkowskiej i Szymona Majewskiego?
    Każdego wtorku wypuszczali nowy odcinek , który towarzyszył mi w drodze do pracy i z powrotem.
    Osobiście odczułam stratę Aski , bo to wyjątkowa osobowość była i aż nie mogę uwierzyć , że już jej nie usłyszę.
    A podcast polecam na poprawę humoru i nie tylko

    1. Aniu, przyznam szczerze, że akurat podcastu Mówi się nie znam tak dobrze, jak kabaretu Hrabi. A Hrabi to dla mnie klasa sama w sobie – nieraz siadaliśmy z mężem z kieliszkiem prosecco i śmialiśmy się do łez. Bo to było takie prawdziwe, normalne i proste, a przy tym trafiało od razu do serca i ucha. Nadrobię teraz jesienią, bo wreszcie będę miała więcej czasu. A że to razem z Majewskim – to już wiem, że będzie ogień! On przecież też komik pierwsza klasa. Pamiętasz, jak stawiał pierwsze kroki w telewizji? Najpierw w Radio Zet, a później w programach takich jak Szymon Majewski Show – i od razu kupił sobie publiczność swoim stylem. To będzie świetny duet do nadrobienia .Dziekuje za polecajke .Zobacz egzamin na studia i to słowo „pobliż”padłam 🤣uwielbiam Ją !

Zostaw odpowiedź