Szkoła potrafi połknąć dziecko na długie lata. I choć wielu rodziców patrzy na to z lękiem, ja dziś patrzę z wdzięcznością. Bo szkoła daje plan dnia. Daje kolegów, koleżanki, zabawę i naukę. Otwiera drzwi do świata, którego nie zastąpią nawet najbardziej kreatywne pomysły w domu.

Jako mama wiem, jak wygląda codzienne organizowanie czasu dziecku. Wymyślanie zajęć, animowanie, kombinowanie, żeby się nie nudziło. I wiem też, jak bardzo może to wyczerpywać. Szkoła w tej roli bywa zbawieniem – tam dzieci są z dziećmi, mają nauczyciela i własny świat. Bez nadgorliwych rodziców i przemądrzałych dziadków. I to jest dobre.

Mój młodszy poszedł do szkoły z dumą, radością, entuzjazmem. Uwielbia matematykę, sam uczy się tabliczki mnożenia, chłonie wiedzę, pyta, odkrywa. Szkoła go wciągnęła, a on wciągnął szkołę. Patrzę na to z zachwytem – i z ulgą.

Ale obok widziałam inne dzieci. Takie, które płakały, kładły się na podłodze, tupały, nie chciały wejść. Widziałam matki stojące z nimi, samotne w tym trudnym momencie, kiedy nikt nie podchodzi i nie pyta, jak pomóc. Wiem, co czują. Sama kiedyś tego doświadczałam. I wiem, że dla niektórych dzieci rok w domu więcej mógłby być błogosławieństwem. Że one jeszcze potrzebują dojrzeć. Inaczej codzienny dramat staje się normą.

Dlatego dziś pijąc kawę, myślę o tych rodzicach, którzy codziennie toczą walkę. O tych, którzy mają dzieci z trudnościami, po diagnozach, z orzeczeniami. Tam każdy poranek to bitwa, a każdy wieczór to lęk przed kolejnym dniem. I nie ma słów pocieszenia, które naprawdę by to ukoiły. Ale jest jedno, w co wierzę – ci rodzice zasługują na ogromny szacunek.

U nas starszy syn zmienił szkołę. Ale w tym roku to ojciec go budzi. Odpuszczam. Nie mogę po raz kolejny zajechać swoich nerwów. Wymagam od siebie, od innych, od niego – a on od zawsze miał alergię na szkołę. Więc w tym roku to jego droga. Jeśli się spóźni – trudno. To jego lekcja samodyscypliny i dorastania. Dziewczyny też muszą nauczyć się płynąć same, nie tylko pod moją ręką.

A ja wchodzę w ten rok spokojniejsza. Z przestrzenią na własne życie i własne potrzeby. Bo szkoła to nie tylko instytucja dla dzieci. To też oddech dla rodziców. I choć każdy z nas przeżywa to inaczej – dla jednych to ulga, dla innych walka – szkoła zawsze staje się czymś więcej niż miejscem nauki. To początek osobnej drogi dziecka.

No więc witaj, szkoło! W Kindergarden i dalej. Niech się dzieje.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź