Mam ogromne Szczęście do ludzi.

Tak, przez wielkie S.

I im jestem starsza, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że to naprawdę jest Szczęście. Bo w świecie, w którym tyle mówi się o hejcie, zawiści, ocenianiu i ranieniu innych słowami, można nabrać ochoty, żeby odgrodzić się od drugiego człowieka wielkim murem.

Takim porządnym.

Wysokim.

Najlepiej jeszcze z tabliczką: Nie podchodzić. Człowiek zmęczony ludźmi.

Tylko że ja nie chcę.

Bo ja ludzi lubię.

Naprawdę.

Lubię rozmawiać, słuchać, dyskutować, wymieniać się poglądami. Lubię ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i takich, którzy potrafią też usłyszeć drugiego człowieka.

Ja bez tego chyba bym uschła.

Taka już jestem. Gadam jak nakręcona, przeżywam jakby wszystko miało co najmniej potrójną moc, pytam, zastanawiam się, czasami sto razy analizuję jedno zdanie. Potrzebuję ludzi. Ich myśli. Ich spojrzenia. Ich obecności.

I chyba właśnie dlatego tak mocno dostrzegam ludzką życzliwość.

A tych mniej życzliwych?

Cóż…

Biorę gumkę i wymazuję jak źle narysowany szlaczek w zeszycie mojego syna.

Nie wszystko przecież trzeba poprawiać. Niektóre rzeczy można po prostu zostawić za sobą i przewrócić kartkę.

Bo kiedy patrzę na swoje życie, naprawdę widzę, jak wielu dobrych ludzi Bóg postawił na mojej drodze.

I dzisiaj wydarzyło się coś, co dla kogoś może być zupełnym drobiazgiem.

Dla mnie nie było.

Miałam bardzo miłą rozmowę z Natalią Przeździk, pisarką, której książki z całego serca Wam polecam. „Dom pod kasztanem” przeczytałam i przepadłam. Zakochałam się w tej historii i w sposobie, w jaki Natalia pisze.

Ale dzisiejsza rozmowa była dla mnie ważna z zupełnie innego powodu.

Bo kiedy jesteś na początku jakiejś drogi, trochę po omacku, z głową pełną pytań i jeszcze większą liczbą wątpliwości, spotkanie człowieka, który tę drogę już przeszedł i mówi:

„Mogę Ci pomóc. Mogę Ci powiedzieć, jak to wygląda. Pytaj”.

…znaczy naprawdę bardzo dużo.

Bo przecież nie musi.

I właśnie to porusza mnie najbardziej.

Nie musi poświęcać swojego czasu. Nie musi dzielić się doświadczeniem. Nie musi odpowiadać na moje pytania.

Mogłaby powiedzieć: szukaj, próbuj, ucz się sama, ja też kiedyś musiałam.

A jednak wyciąga rękę.

Bo pamięta, jak sama zaczynała.

I wiecie co?

Dla mnie właśnie takie rzeczy są jak plaster na duszę.

Jak balsam.

Jak ciepły koc narzucony na ramiona wtedy, kiedy trochę marzniesz od własnych wątpliwości.

Ta rozmowa przecież nie daje mi żadnej gwarancji.

Nikt nie powiedział: „Jola, wydasz książkę”.

Nikt nie obiecał sukcesu.

Nikt nie otworzył przede mną drzwi i nie powiedział: „Proszę bardzo, droga wolna”.

Dostałam coś innego.

Może nawet cenniejszego.

Ludzką życzliwość.

Taką zwyczajną. Bezinteresowną. Bez pytania: „A co ja będę z tego mieć?”.

Ktoś, kto wie więcej ode mnie, mówi: podzielę się z Tobą tym, co wiem.

Ktoś, kto przeszedł już kawałek tej drogi, nie patrzy na mnie z góry, tylko wyciąga rękę.

I nagle pomiędzy dwojgiem ludzi zaczyna budować się most.

Właśnie z takich małych gestów.

Z jednego zdania.

Z jednej rozmowy.

Z odpowiedzi na pytanie.

Z prostego: „Jeśli będziesz potrzebowała, pytaj”.

Można powiedzieć:

Eeee tam. Wielka rzecz.

A dla mnie właśnie wielka.

Bo dobro wcale nie zawsze przychodzi z hukiem.

Nie musi przewracać naszego życia do góry nogami.

Czasem dobro przychodzi cicho.

W wiadomości.

W rozmowie.

W czyimś zainteresowaniu.

W człowieku, który mógł przejść obok, ale się zatrzymał.

I może dlatego dzisiaj czuję przede wszystkim ogromną wdzięczność.

Natalii za życzliwość.

Ludziom, których spotykam za dobro, którego od nich doświadczam.

I Bogu bo coraz częściej widzę, że On naprawdę stawia ludzi na naszej drodze w bardzo konkretnych momentach.

Czasami dokładnie wtedy, kiedy zaczynamy wątpić.

Kiedy zastanawiamy się, czy damy radę.

Kiedy stoimy przed czymś nowym i zwyczajnie nie wiemy, gdzie zrobić następny krok.

I wtedy pojawia się człowiek.

Nie po to, żeby przejść tę drogę za nas.

Tylko żeby na chwilę zapalić światło.

Pokazać kawałek drogi.

Powiedzieć:

„Idź. Da się”.

Dlatego nie traćcie wiary w ludzi.

Naprawdę.

Wiem, że świat potrafi być głośny od złości. Internet potrafi sprawić, że zaczynamy wierzyć, iż wszyscy tylko czekają, żeby komuś dokopać, wyśmiać, ocenić albo podciąć skrzydła.

Ale dobro też jest.

Życzliwość też jest.

Tylko ona często nie krzyczy.

Ona po prostu wyciąga rękę.

A ja dzisiaj za jedną taką wyciągniętą rękę jestem po prostu ogromnie wdzięczna.

I chyba właśnie takich ludzi chcę zauważać najbardziej.

Bo mam ogromne Szczęście do ludzi.

Przez wielkie S.

I oby nigdy mi nie przeszło wierzyć, że człowiek dla drugiego człowieka może być nie murem…

ale mostem.

A Wy?

Spotkaliście kiedyś na swojej drodze człowieka, który zupełnie bezinteresownie podał Wam rękę, pomógł, podpowiedział albo powiedział kilka słów, które zostały z Wami na długo?

Za czyją życzliwość jesteście wdzięczni do dziś?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź