Jest taki ból, którego nie widać.

Nie łapie się na medytację, afirmacje ani na oddychaj głęboko

To ból nowojorskiej matki.

Znacie?

No to siadajcie.

Oddycham.

Cztery głębokie wdechy.

Pauza.

Wydech.

Jeszcze raz.

Pomaga?

Nie.

Bo wystarczy, że wrócę myślami do problemu, a moje ciśnienie zaczyna tańczyć. Góra–dół. Góra–dół. Jak rollercoaster bez pasów, bez zabezpieczeń, bez wyjścia awaryjnego.

Nowy semestr.

Dziewczyny wróciły na studia.

Nowe grafiki, nowe godziny, nowe życia. Każda inaczej, każda po swojemu. Normalne. Rozumiem to. Wiem.

Ale mój mózg tego nie ogarnia.

Mój świat znowu się rozjechał.

W poprzednim semestrze było dobrze.

Naprawdę dobrze.

Dziewczyny zaprowadzały młodego do szkoły codziennie. Bez stresu. Bez kombinowania. Bez myślenia, kto dziś musi coś poświęcić.

Jak w zegarku.

Matka spokojna, praca ogarnięta, życie jako tako trzymało się kupy.

A teraz?

Totalny chaos.

Dziewczyny zajęte – bo studia, bo życie, bo wszystko naraz – ale ogarnęły trzy dni.

Udało się ogarnąć trzy dni.

Trzy.

Sukces, serio. Naprawdę, aż chciałam otworzyć szampana…

gdyby nie to, że zostały dwa.

Dwa dni, które spadają… zgadnijcie na kogo…

Na mnie.

I nic by się nie stało.

Gdyby nie to, że zaczynam pracę o ósmej rano.

Czyli znowu muszę przesuwać, kombinować, zmieniać, ustawiać, tłumaczyć się.

Znowu dopasować swoje życie do wszystkiego i wszystkich.

I to poczucie, że wszystko znów jest na mojej głowie.

Nie znoszę zmian.

Nie znoszę, kiedy coś, co działa, nagle przestaje działać.

Nie znoszę, jak mi się ciągle coś wywraca.

Nie znoszę tego uczucia, że cokolwiek zaplanuję, to życie mówi:

Ha! Patrz i płacz.

Nie znoszę tego uczucia, że ledwo stanę na nogach, a już ktoś mi je podcina.

Pamiętam, jak dziewczynki były małe.

Miałam plany. Chciałam się uczyć. Chciałam pracować.

Ambitna ja.

Życie szybko mnie ustawiło.

Rzeczywistość sprowadziła mnie do parteru szybciej, niż zdążyłam powiedzieć college.

Nie było mnie stać na opiekunkę.

Nie było wyboru.

Nie zarabiałam tyle, żeby móc sobie pozwolić na luksus wyboru.

Była praca taka, żeby zdążyć po dzieci do szkoły.

A jak nie mogłam  dzwoniłam do koleżanki.

One dzwoniły do mnie.

Jedna pomogła drugiej.

Taka sąsiedzka partyzantka.

Sąsiedzka pomoc, bez luksusu.

Na babcie?

Zapomnij.

Na rodzinę też nie.

Żadna z nas nie mogła liczyć na mamo, pomożesz?

Radziłyśmy sobie jak mogłyśmy.

I tyle.

I teraz znowu to samo.

Mamy małego człowieka, którego trzeba zaprowadzić do szkoły.

I nagle robi się gorąco.

Bo znowu wygląda na to, że to ja będę musiała coś poświęcić.

I znowu to pytanie:

kto tym razem zrezygnuje?

No i odpowiedź jest zawsze ta sama.

Ja.

Dlaczego zawsze ja?

Dlaczego to moje plany są do przesunięcia?

Dlaczego moje życie ma być elastyczne jak guma od majtek,

a reszta świata twarda jak beton?

Tym razem powiedziałam: stop.

Dałam ogłoszenie.

Szukam kobiety. Pani. Babci. Człowieka.

Kogoś, kto rano zaprowadzi młodego do szkoły.

A jak przyjdzie wiosna wyjdzie z nim do parku.

I wiecie co?

Przeraża mnie to.

Tak, boję się.

Obca osoba.

W mojej głowie odpalają się scenariusze jak z horroru.

W jednej chwili mam ochotę wszystko odwołać i wrócić do starego schematu.

Ale nie.

Nie tym razem.

Muszę myśleć o sobie.

Nie chcę siedzieć w domu.

Już było.

Już to przeżyłam.

Był czas, kiedy siedziałam.

Zajmowałam się dziećmi.

Sprzątałam.

Ogarniałam.

Byłam wszędzie i nigdzie jednocześnie.

Bo ja nie chcę znowu zniknąć.

Teraz chcę żyć.

Chcę wychodzić do ludzi.

Chcę pracować.

Chcę zarabiać.

Chcę mieć swoje życie.

Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?

Czy to jest egoizm?

Może.

Ale wiem jedno  jeśli teraz zrezygnuję z pracy, powrót będzie koszmarem.

Tylko że…

jak się ma dzieci, życie nie jest proste.

A już na pewno nie za granicą.

Nie wiem, jak jest w Polsce.

Tam zawsze jakaś ciotka, babcia, ktoś się znajdzie.

Tu?

Tu większość z nas musi zasuwać żeby się utrzymać.

Państwo nie daje.

Tu musisz sam ogarnąć temat.

I ja to ogarniam.

Po swojemu.

Bo wiem jedno: jeśli teraz zrezygnuję z pracy, to powrót będzie piekłem.

Nieważne, co robisz.

Ważne, że masz 45+.

Nieważne, ile umiesz.

Nikt nie chce świeżaka.

Nikt nie chce ryzyka.

Każdy chce młody, dynamiczny, doświadczony zespół.

A starszy nowy pracownik?

No nie oszukujmy się – brzmi jak problem.

Starszy nowy pracownik zawsze przegrywa na starcie.

Dlatego szukam rozwiązań.

Ale razem z nimi przychodzi poczucie winy.

Ten głos w głowie, który mówi:

jesteś złą matką.

myślisz o sobie.

jak egoistka.

jak ktoś, kto myśli o sobie i zapomina o dziecku.

To boli.

To gryzie.

Czasem chce się płakać.

Bo jak to tak 

chcieć marzeń,

chcieć działać,

chcieć czegoś więcej niż tylko ogarniać,

być tylko mamą od wszystkiego?

Boże…

co robić?

Jaka decyzja jest dobra?

Która jest najmniej zła?

Mam w sobie tyle pytań,

tyle rozterek,

tyle słabości i niemocy.

Nowojorski ból dupy daje mi się we znaki.

Nie wiem, jaka decyzja jest najlepsza.

Wiem tylko, że każda coś kosztuje.

I jeszcze jedno.

Miałam pisać przemyślanie.

Mądrze.

Rozsądnie.

Ale ja zawsze piszę pod wpływem impulsu.

Jestem nafaszerowana emocjami.

Nie zawsze spokojnymi.

Jestem jak wulkan.

Jak przychodzi erupcja, emocje bryzgają po ścianach.

I muszę je wyrzucić.

Bo jeśli tego nie zrobię  po prostu się uduszę.

To jest mój nowojorski ból dupy.

Surowy.

Prawdziwy.

A Ty?

Jak ogarniasz dzieci, szkołę i pracę?

Kto Ci pomaga?

Czy wszystko niesiesz sama?

Napisz.

Bo czasem największą ulgą jest wiedzieć, że nie jestem w tym sama.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź