Dziś Verizon oszalał. A ja razem z nim.

I tyle w temacie.

Rano normalnie jak zawsze.

Praca, swoje myśli, swoje sprawy.

Włączyłam Spotify, muzyka leci, ja sobie robię swoje.

I nagle…

Cisza.

Myślę: co jest?

Sprawdzam telefon – nic.

Zero.

Reset.

Nic.

Drugi raz reset.

Nic.

Trzeci raz.

Też nic.

I już mi w głowie kliknęło:

No pięknie.

Telefon dwuletni się zepsuł.

Ot tak.

Sam z siebie.

I od razu widzę minę mojego chłopa, jak mu powiem, że telefon trzeba wymienić.Bo przecież tutaj to się nic nie naprawia .Zepsute , bierzesz nowe .Ital ze wszystkim .

Już słyszę:

„Na pewno coś zrobiłaś”

„Nic się samo nie psuje”

„Za dużo klikasz”

A ja co klikam?

Notatnik.

Facebook.

Spotify, bo młody mi ostatnio zainstalował.

Muzyka, podcasty.

Zdjęcia czasem.

I tyle.

Ja nie jestem jakaś technologiczna.

Ma działać.

I już.

Wkurzyłam się.

Bo straciłam 20 minut.

Dwadzieścia!

A telefon martwy.

Weszłam do Trader Joe na Manhattanie.

Patrzę…

A tam masa ludzi też stoi i klika w telefony.

Też nie działa.

I wtedy olśnienie ! 

Hmmm… coś się dzieje.

Wchodzę do metra.

I szok.

Ludzie nie gapią się w ekrany.

Nie siedzą przyklejeni do telefonów.

Rozmawiają.

Patrzą po sobie.

Jakby świat się cofnął o 20 lat.

Ktoś coś mówi o Verizon, ale nie wsłuchuję się.

Ja już mam swoje myśli i teorie .

Próbuję zadzwonić do rodziny.

Nic.

Nie da się.

I nagle w głowie zaczynają się kosmate historie 

Myślę sobie:

A jakby mi się coś stało?

Jak ja ich poinformuję?

A zaraz potem jeszcze głupsza myśl:

No jak mam ich poinformować, jak już nie żyję?

No normalnie mój mozg to jedzie z mocą ! 

I wtedy totalnie mnie wywaliło z butów ! 

Ja NIE ZNAM żadnego numeru telefonu.

Ani męża.

Ani dzieci.

Żadnego.

Wszystko w telefonie.

Wszystko zapisane.

I  gdybym  nawet znalazła jakiś telefon na ulicy, automat czy cokolwiek…

To do kogo ja mam dzwonić?

Jak nie znam numerów?

Masakra.

Totalna porażka.

Dojechałam do domu.

I co?

Telefony dzieci też nie działają.

Nikt nigdzie nie może zadzwonić.

Nic sprawdzić.

Jakby nas ktoś odciął od świata.

I wtedy dopiero widać, jak bardzo jesteśmy przyklejeni do tych telefonów.

Jak bardzo jesteśmy na smyczy.

Bo wszystko tam jest.

Gdzie są dzieci.

Gdzie jest mąż.

Czy młody dojechał.

Czy wszystko ok.

Mój mąż ma jakieś ustawienia, że widzi dokładnie gdzie kto jest.

Z dokładnością do miejsca.

Cuda normalnie.

Mnie to nigdy nie interesowało.

Nie mam do tego głowy.

Ale dziś?

Dziś nagle wszystko zniknęło.

I powiem wam jedno.

Ja się dziś zorientowałam, jak bardzo jestem uzależniona od telefonu.

Nie od klikania.

Tylko od poczucia, że mam kontakt.

Że mogę sprawdzić.

Że mogę zadzwonić.

Że wiem, co się dzieje.

Bez telefonu nagle robi się pusto.

Cicho.

I człowiek głupieje.

Niby wolność.

A jednak strach.

I dopiero taka sytuacja pokazuje, że my bez tych telefonów to trochę jak bez ręki.

Że technologia miała pomagać, a my się od niej uzależniliśmy.

Że wszystko mamy w jednym małym pudełku.

I jak ono nie działa…

To my też średnio działamy.

Nie piszę tego, żeby kogoś pouczać.

Piszę, bo sama dziś to przeżyłam.

I dało mi to do myślenia.

Gdyby wam dziś padł telefon i nie działał cały dzień – poradzilibyście sobie spokojnie, czy też byście się poczuli jak odcięci od świata tak jak ja?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź