Mój mąż ma szczególny talent. Nie do sprzątania. Nie do układania glazury. Nawet nie do składania prania, choć całkiem mu to nieźle wychodzi, hihi. On ma talent do jednego zdania, które potrafi roznieść dom w pył szybciej niż dzieci świeżo posprzątany salon.
Nie mówi często. O nie. On nie chlapie byle czego. On czeka. Aż ceny masła skoczą. Aż paragon stanie się dłuższy niż modlitwa w Wielki Piątek. Aż ktoś powie coś, co w nim zasieje niepokój. Jedno zdanie, jeden nagłówek, jedno „eksperci alarmują” i już wiem, że zaraz będzie „to”.
I wtedy on to mówi. Spokojnie. Z rezygnacją. Jakby ogłaszał pogodę, tylko zamiast deszczu zapowiadał koniec świata w ratach. Zawsze przy kasie. Zawsze wtedy, gdy kasjerka już nacisnęła „suma”, jakby nawet kasa fiskalna miała poczuć ciężar sytuacji :
Niedługo to z torbami pójdziemy.
Jak tak dalej będzie, to biedakami zostaniemy.
I ja wtedy czuję, jakby ktoś odpalił we mnie zapłon. Nie gniew – reaktor. Bo ja wiem jedno: słowa mają moc. Słowa nie są powietrzem. Słowa są jak gwoździe – jak je wbijesz, to ślad zostaje, nawet jak potem udajesz, że przecież nic takiego nie powiedziałeś.
A on? On mówi i idzie dalej. Jakby właśnie wypuścił do kuchni małego, niewidzialnego potwora, który zaczyna się żywić moim spokojem, snem i resztkami radości znalezionymi między lodówką a szafką z rachunkami. Potwór nie hałasuje. On tylko siedzi. I patrzy.
Jesteśmy zwyczajni. Nie „och” i nie „ach”. Czwórka dzieci, rachunki, praca, życie na takim poziomie, że nie spadamy, ale też nie fruniemy. Raczej unosimy się jak balon bez helu, trzymany na sznurku z Biedronki. Niby leci, ale bez przesady.
Był pies. Jest już na niebiańskich łąkach – tam, gdzie karma jest tania, weterynarz darmowy i nikt nie pyta o fakturę ani o paragon. Nowego nie będzie. Nie dlatego, że nie kochamy zwierząt. Właśnie dlatego. Bo dziś zwierzak to już nie pupil. To abonament emocjonalno-finansowy z opcją nagłych wydatków i dramatów o trzeciej nad ranem.
Więc zostają nam cudze psy i koty. Znajomi jadą na wakacje, a my otwieramy coś pomiędzy hotelem a azylem. Przygarniamy wszystko, co ma cztery łapy i nie gryzie. Przynajmniej na razie.
Ale wracam do niego. Do mojego męża i jego zdań z kategorii „koniec świata – wersja promocyjna, tylko dziś, przy kasie”. On mówi, a ja potem nie śpię. Czterdzieści dwie minuty snu. Czasem mniej. Czasem tylko leżę i liczę – nie owce, tylko wydatki. Owce i tak by uciekły.
W nocy te jego słowa wracają inne. Już nie brzmią jak zdanie. Brzmią jak przepowiednia. Widzę siebie z torbami. Dosłownie. Jedna z Biedronki. Druga z Lidla. Trzecia z dziurą na dnie – bo zawsze musi być jakaś z dziurą, najlepiej dokładnie pod chlebem.
Widzę dom, który powoli znika, jakby inflacja była mgłą, a my stali w niej najpierw po kostki, potem po kolana, potem po szyję. A on stoi obok i mówi: a nie mówiłem? Spokojnie. Bez emocji. Jak komentarz eksperta.
I najgorsze nie są ceny. Najgorsze jest to pytanie, które zaczyna się sączyć jak wilgoć w ścianach: a jeśli on ma rację?
Bo człowiek się stara. Pracuje. Płaci. Żyje uczciwie. A mimo to ma wrażenie, że stoi nad wodą, która w każdej chwili może wciągnąć go bez ostrzeżenia i jeszcze wystawić paragon.
I wtedy myślę: czy naprawdę jest tak źle, czy to tylko słowa, które robią się większe niż rzeczywistość? Czy mój strach jest realny, czy tylko podlewany zdaniami wypowiadanymi nad paragonem z Costco, długim jak epopeja narodowa, czytanym szeptem, z grozą w oczach, jakby zawierał zapowiedź Apokalipsy.
A przecież ja kocham to życie. Naprawdę. Z całą mocą. Widzę kolory. Zawsze je widziałam. Nawet gdy było szaro, potrafiłam znaleźć jakiś odcień. I kocham tego mojego chłopa. Takiego, jaki jest. Czarno-białego. Z kontrastem ustawionym na maksimum, jak w starym telewizorze.
On widzi świat w dwóch barwach: albo dobrze, albo zaraz się zawali. A ja próbuję mu te kolory doklejać. Zielone nadzieje, żółcie radości, trochę błękitu „jakoś to będzie”. A on odgania się nimi jak od muchy. Jakby optymizm był alergią. Jakby radość swędziała. Jakby kolory były zbyt podejrzane.
I wystarczy, że przy kasie walnie tym swoim zdaniem, a moje kolory uciekają szybciej, niż zdążę pomyśleć: ej, przecież nie jest tak źle. A potem idę ostrożnie. Jak po cienkim lodzie. Staram się nie myśleć. Czekam, aż kolory wrócą. Bo zawsze wracają. Tylko potrzebują czasu i ciszy.
A ja mam tyle planów. Tyle pomysłów. Tyle życia do kochania. A on – mój mąż szanowny, jedyny – potrafi to wszystko zgasić jednym zdaniem. Jakby miał pilot i naciskał OFF, nawet nie pytając, czy ktoś jeszcze ogląda.
I jest jeszcze jedno. Jedno małe marzenie, które dla mnie jest kolorem, a dla niego prawdopodobnie końcem cywilizacji. Chcę, żeby to on położył czerwone cegły na ścianie nad naszym łóżkiem. Tak. Cegły. Czerwone. Prawdziwe.
Nie dlatego, że musi. Dlatego, że chcę. Bo mam wizję. Bo w mojej głowie ta ściana już istnieje – ciepła, z charakterem. Jak życie. Jak małżeństwo.
A on nigdy tego nie robił. I właśnie to go przeraża. Bo to nie jest tylko ściana. To projekt. Plan. Przyszłość. A on bardzo nie lubi przyszłości, która wymaga decyzji, działania i przyznania, że będzie jutro.
Może właśnie tego się boi. Że jak położy te cegły, to znaczy, że tu zostajemy. Że się nie rozsypiemy. Że nie zawsze idzie się z torbami – czasem idzie się po cegły.
Dla mnie te cegły to kolor. Dla niego potencjalna katastrofa budowlana, finansowa i egzystencjalna w jednym. On już widzi krzywą fugę, źle położony poziom i zdanie: a nie mówiłem, że się nie nadaję?
A ja widzę, jak stoi nad łóżkiem, trochę niepewny, trochę wkurzony, jak robi coś pierwszy raz, jak przeklina pod nosem, a potem patrzy i myśli: kurde… stoi.
Może więc on nie boi się biedy. Może boi się moich planów. Mojej wiary, że można coś zbudować. Że nie wszystko się wali. Że życie nie jest tylko do liczenia.
Może te jego słowa to nie przepowiednie, tylko hamulec ręczny. Zaciągnięty na wypadek, gdybyśmy za bardzo się rozpędzili ku szczęściu.
I rodzi się we mnie pytanie ,już nie tylko o ceny:
Czy naprawdę biedniej robi się od inflacji, czy od słów, które codziennie, nieuważnie, wypowiadamy w swoich domach?
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.