Nowy rok.
Nowe wyzwania.
A we mnie – ta sama, stara, cicha zazdrość. Nie o pieniądze. Nie o sukcesy. Zazdrość o coś znacznie prostszego i jednocześnie niemal nieosiągalnego: o ludzi, którzy budzą się w domach, gdzie nikt nikogo nie rani słowem, spojrzeniem, ciszą. O tych, którzy mają blisko siebie życzliwość niewymuszoną, pomoc, która nie boli, obecność, która nie kosztuje zdrowia psychicznego.
Czasem naprawdę próbuję sobie wyobrazić, jak to jest. Otworzyć oczy i nie czuć napięcia w ciele. Nie zastanawiać się, kto dziś zrani, kto przypomni stare winy, kto znów odgrzeje historie sprzed dwudziestu pięciu lat jak zimne, twarde kotlety, których nikt już nie chce jeść, a jednak wciąż są podawane. Jak to jest żyć w rodzinie, gdzie dobro nie jest wyjątkiem, ale codziennością. Gdzie wsparcie nie jest hasłem, tylko gestem płynącym z głębi serca.
I wtedy pojawia się pytanie…
Dlaczego?
Dlaczego Bóg daje dzieci ludziom potłuczonym, pogubionym, toksycznym? Po co? Na co? Jaki sens ma to, że niewinne serca uczą się świata przez chaos, brak bezpieczeństwa i emocjonalną pustkę? Czasem to pytanie aż rozrywa od środka. Czasem chce się wyć z bezsilności, bo nie ma na nie odpowiedzi, która naprawdę by ukoiła.
A może…
A może to nie kara, tylko droga?
Może dzieci toksycznych rodziców dostają w pakiecie coś, czego inni nie muszą się uczyć: nadwrażliwość na zło, wyczulenie na fałsz, głęboką empatię. Może mamy widzieć więcej, czuć mocniej, kochać intensywniej. Może mamy być tymi, którzy przerwą łańcuch. Którzy powiedzą: „dość”. Którzy wybiorą inaczej, nawet jeśli to trudniejsze.
Ale nawet jeśli w tym jest sens, to nie znaczy, że nie boli.
Bo boli.
Jest smutek, jest żal, jest złość. Taka ludzka, nieładna, wstydliwa. I czasem człowiek wie, że te emocje „nic nie dadzą”, a jednak one są. Bo jak nie być zmęczoną, kiedy przez lata brakuje wsparcia? Kiedy trzeba samemu być dla siebie dorosłym, opiekunem, pocieszeniem. Kiedy przeszłość ciągle wraca, mimo że dawno minęła i nie ma już do niej powrotu.
Czasem jestem po prostu zmęczona.
Po ludzku.
Zmęczona pracą, zmęczona brakiem słońca, zmęczona ciągłym udowadnianiem, że moje uczucia są ważne. Zmęczona tym, że tak niewiele mi potrzeba – odrobiny zrozumienia, ciepłego słowa, zwykłej życzliwości – a jednocześnie to „niewiele” okazuje się dla niektórych zbyt wiele.
I najtrudniejsze jest to, że kocham życie.
Naprawdę.
Kocham je tak mocno, że gdyby nie te chwile spotkań z toksycznością, tańczyłabym z radości każdego dnia. Noszę w sobie wdzięczność, zachwyt, głód istnienia. Jest we mnie radość – prawdziwa, głęboka – dopóki ktoś nie przyjdzie i nie zacznie jej wysysać. Dopóki nie spotkam osoby, która jednym zdaniem potrafi wyciągnąć ze mnie wszystkie soki, zostawić mnie wyczerpaną, pustą, jakby ktoś zgasił światło w środku.
I wtedy znów czuję ten głód.
Głód dobra.
Głód bycia widzianą bez oceniania. Głód relacji, które nie ranią. Głód miłości, która nie jest polem bitwy. Czy to naprawdę tak wiele? Czy proszę o za dużo, chcąc po prostu być traktowaną z sercem?
Może nie mamy wpływu na to, w jakich rodzinach się rodzimy.
Ale mamy wpływ na to, kim się stajemy.
I nawet jeśli droga dzieci toksycznych rodziców jest trudniejsza, to często to właśnie one potrafią kochać najpiękniej. Bo wiedzą, jak bardzo boli brak miłości. Bo wiedzą, jak cenny jest każdy okruch dobra.
A więc idę dalej. Z tym zmęczeniem. Z tą wrażliwością. Z tą miłością do życia, która mimo wszystko we mnie jest. I nawet jeśli dziś jest ciężko, nawet jeśli brakuje słońca – wierzę, że to, co czuję, ma sens. Że ta głębokość nie jest przekleństwem, tylko darem, który kiedyś zaprowadzi mnie do ludzi, przy których nie będę musiała się bronić.
Bo życie…
Ech, życie.
Kocham cię. Nawet wtedy, gdy boli.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.