Cisza.

Taka cisza, która otula jak gęsta mgła.

Spokój, który przychodzi wtedy, gdy na zewnątrz wszystko wygląda idealnie.

Gdzieś daleko, na szpitalnym korytarzu, jednostajnie odzywają się maszyny podające chemię. Ich cichy sygnał to jedyny głos tej nocy. Puls cierpienia. Puls życia. Puls nadziei.

Siedzę sama w szpitalnej stołówce.

Nie zapalam świateł.

Jest półmrok — nadaje uroku tej chwili, w której jestem.

Patrzę przez okno.

Na zewnątrz tysiące świątecznych światełek błyszczą jak gwiazdy.

Jest pięknie.

Jest cicho.

Jest Wigilia.

Dziś pracuję.

Nowy Jork.

Tu są inne zasady. Tu spotykają się wszystkie religie świata. Tu nie ma wolnego, bo to moje święto, zwolnienia, bo dziś rodzi się Bóg.

Jutro będzie Boże Narodzenie — jutro mam wolne.

Dziś… siedzę samotnie przy stole.

Czy jest mi smutno?

Nie.

Bo wiem, że w domu są dzieci.

Że mój mąż siedzi z nimi przy zapalonej choince.

Że są szczęśliwi.

Że szykują się na pasterkę.

Poszli dziś do moich rodziców — pierwszy raz beze mnie.

Coś nowego.

Coś innego.

A ja…

Ja mam dziś czas szczególny — samotną Wigilię z Nim.

Tylko ja i On.

Bez potraw, bez opłatka.

Pusty stolik, dwie herbaty.

Tyle.

Cisza i spokój nas otulają…

Odkąd zaczęłam pracować w szpitalu, moje serce każdego dnia modli się samo — bez słów — za tych, którzy cierpią.

Za tych, którzy są samotni.

Zapomniani.

Czekający.

Tych, których nikt nie odwiedził.

Tych, których nikt nie objął.

Tych, którzy czekają w celach, na ulicach, w szpitalnych salach.

Tych, którzy płaczą po cichu, żeby nikt nie usłyszał.

Jezus w Ogrójcu też był sam.

Jego uczniowie spali.

Otulam więc modlitwą wszystkich:

samotnych,

cierpiących,

bezdomnych,

więźniów,

niewinnie skazanych,

wyśmianych, poniżonych, złamanych.

Proszę Boga, by zanurzył ich w swoim Miłosierdziu.

Proszę Boga, by dotknął ich dokładnie tam, gdzie boli najbardziej.

By przyszedł do każdego serca, które dziś boli.

By pocieszył.

By był blisko.

I oddaję Mu moją samotną Wigilię.

Nie włączam muzyki.

Ani audiobooka.

Nic, co mogłoby zagłuszyć tę ciszę.

Nie chcę niczego, co zagłuszy Jego obecność.

Jednoczę się z Nim właśnie tutaj — w tej ciszy, która otula jak mgła.

Zawsze bałam się ciszy.

Zawsze bałam się samotności.

A dziś, na pustych szpitalnych korytarzach, czuję Go bardziej niż kiedykolwiek — bardziej niż wtedy, gdy byłam wśród rodziny i przyjaciół.

Czuję Jego samotność.

I oddaję Mu wszystkich ludzi samotnych.

To jest moja najcudowniejsza Wigilia.

Naprawdę.

Czuję Go w każdej spadającej łzie.

Ta cisza mnie dotyka.

Ta pustka nie boli — ona prowadzi.

I choć kocham moją rodzinę nad życie,

nie zamieniłabym tego wieczoru nawet na najlepsze pierogi z jagodami mojej Mamy

ani na kapustę z grzybami.

Mam dwie herbaty.

To mi wystarczy.

Bo pomiędzy tym wszystkim jest On.

Prawdziwy.

Jedyny.

Jestem szczęśliwa.

Bo On jest blisko.

Bo przyszedł tam, gdzie nikt nie chciałby być.

Dziękuję Mu za ten wieczór.

Za ten dotyk.

Za każdą łzę spływającą po moim policzku.

Czy jestem szczęśliwa?

Bardzo.

Bo wiem, że On jest ze mną.

Wstaję. Wracam do pracy.

Jeszcze tyle do zrobienia.

Pompy do chemii nadal pikają — trzeba je przygotować na jutro.

Na kolejne życie.

Na kolejną walkę.

Cudownego wieczoru, Kochani.

I nie zapominajcie —

dziś najważniejszym Gościem jest Jezus.

Ten, który przychodzi cicho.

Otwórzcie szeroko drzwi swoich domów.

I jeszcze szerzej — drzwi swoich serc.

Pozwólcie Mu się rozgościć.

Nawet jeśli jest nieidealnie.

Nawet jeśli w środku jest bałagan.

Nawet jeśli serce jest zmęczone.

On przychodzi właśnie wtedy.

On i tak wejdzie.

Przytulcie się do Niego i oddajcie Mu wszystko…

Dziś Wigilia. Inna niż wszystkie.

Wesołych Świąt, Kochani — utuleni w sercu Boga.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź